22 września 2016

Colgan Jenny - "Spotkajmy się w kawiarni"




Jenny Colgan
Spotkajmy się w kawiarni
(Meet me at the cupcake café)

tł. Iwona Sumera

Wydawnictwo Literackie 2013
s. 493
978-83-08-05161-0
Cena: 38,00 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ cm)
+ 52 książki
+ Z półki

Ocena: 6/10

~*~

Issy ma (już?) 31 lat, chłopaka, który nie traktuje jej do końca serio (i w dodatku jest jej szefem), schorowanego dziadka, którym się opiekuje, i kilka pragnień, o których rzadko mówi. Aha, i właśnie wyrzucają ją z pracy. Chwileczkę! Czy to ma być jakaś przygnębiająca historia?...

Nie, Spotkajmy się w kawiarni to zabawna, mądra i krzepiąca opowieść o spełnionych marzeniach:
…aby odejść z korporacji (nawet jeśli to oni ciebie wyrzucają) i zająć się tym, co się naprawdę lubi
…aby z własnej pasji (w przypadku Issy jest to pieczenie najcudowniejszych pod słońcem babeczek) uczynić źródło utrzymania przynoszące… hm, niemałe zyski
…aby odnieść sukces
…aby najbliżsi patrzyli na ciebie z dumą
…aby spotkać odpowiedzialnego i dojrzałego mężczyznę i zakochać się z wzajemnością
…i aby ten głupek, twój były chłopak, otworzył ze zdziwienia usta i musiał przyznać, że UDAŁO CI SIĘ!

~*~

Wbrew pozorom hobby jest niezwykle potrzebne człowiekowi. Nie tylko nadaje naszemu życiu sens (przynajmniej w jakimś stopniu), ale sprawia, że nie odbijamy się z nudów w domu od ściany do ściany. Pozwala ono nam się rozwijać oraz odpocząć od pracy. Daje nam również wytchnienie od problemów dnia codziennego, a czasami może się ono okazać ratunkiem w kryzysowej sytuacji i rozwiązaniem na trapiące nas zmartwienia. Podobnie stało się w przypadku Issy, głównej bohaterki Spotkajmy się w kawiarni, która ze swojego hobby zrobiła sposób na zarabianie pieniędzy i … życie.

Trzydziestojednoletnią Issy poznajemy w momencie, w którym każdy normalny człowiek już by się załamał, bo: nie tylko straciła (z pozoru) stabilną pracę, ale także zauroczyła się w mężczyźnie, który zupełnie do niej nie pasje, i co warto podkreślić, nie zamierza zrobić kolejnego kroku do przodu w ich „związku”. Na szczęście, w tym całym nieszczęściu Issy może liczyć na przebojową przyjaciółkę Helenę oraz (o dziwo!) przypadkowo spotkanych ludziach, którzy z czasem w jej sercu zaczną zajmować coraz więcej miejsca.

Jenny Colgan stworzyła ciepłą, przyjemną, pouczającą i pozytywną historię nie tylko o hobby, jakim jest gotowanie (które również dla samej autorki jest ważne), ale o związkach międzyludzkich, o przyjaźni, która daje tzw. kopa, kiedy przestaje się wierzyć w siebie, o przypadkach, które nie istnieją… Ale Spotkajmy się… to przede wszystkim książka o pasji, która może stać się sposobem na życie, jeśli włoży się w nią odpowiednio dużo pracy, serca i cierpliwości. Tą historią autorka chce nam przekazać, że warto ryzykować i nie poddawać się, gdy pojawiają się na naszej drodze przeszkody.

W książce, obok fabuły, autorka umieściła kilka przepisów na babeczki (na pewno będę je testować w długie jesienne i zimowe wieczory, kiedy zamknę już sezon działkowy). Po pierwszym zapoznaniu się z nimi nie wydają się trudne, lecz zanim przystąpię do pieczenia będę musiała dowiedzieć się co to za mąka „samorosnąca” (nawet moja babcia nie wie co to za magia!). Samo czytanie przepisów sprawiało, że ślinka zaczynała mi lecieć, a już zupełnie moje ślinianki wariowały, kiedy główna bohaterka je przyrządzała i rozdawała/sprzedawała (do tej pory chodzą za mną babeczki cytrynowe…). Autorka tymi opisami prawie mnie torturowała, bo gdybym nie miała pod ręką „czegoś na ząb”, to chyba bym zwariowała. Sama fabuła jest (niestety) przewidywalna – w końcu to książka obyczajowa, lecz byłoby miło, gdyby mnie czymś zaskoczyła. Ale suma sumarum jakoś ta przewidywalność wcale mi nie przeszkadzała. Za to irytowała mnie główna bohaterka – Issy, a konkretnie to, jak dawała się wykorzystywać (bo tego nie można inaczej nazwać) Graeme’owi. Nie raz miałam ochotę trzepnąć ją w głowę by się opamiętała (w tej kwestii z pewnością dogadałabym się z Heleną). Z kolei Austin (bankowiec, który umożliwił bohaterce stworzenie cukierni „Słodki Zakątek”) to urocza i pocieszna postać, lecz niestety nie jest to typ mężczyzny, który kradnie serca czytelniczek. Helena to kobieta z jajami, i wydaje mi się, że każdemu przydałaby się taka osoba jako „twój rozum zastępczy w innym ciele, który uaktywnia się, kiedy twój własny zaczyna wariować” – i to ją polubiłam najmocniej ze wszystkich postaci z Spotkajmy się… Każdy bohater tej historii się zmienia – ewoluuje – pokazują oni swoje inne twarze, co nie tylko urozmaica lekturę, ale także nadaje jej głębi. Coś takiego spotykamy w naszym codziennym życiu – kiedy poznajemy ludzi widzimy ich tylko z jednej strony, lecz gdy zaczynamy z nimi obcować na co dzień, to odkrywamy, że to jedna z ich miliona twarzy, a nasze początkowe oceny zupełnie do nich nie pasują.

Podsumowując: Spotkajmy się… czytało mi się przyjemnie i szybko, niestety jest to książka na raz, to znaczy taka, po którą się raczej drugi raz nie sięgnie (no chyba że po przepisy na babeczki), ale z przyjemnością od czasu do czasu będzie się o niej wspominać. Ot, lekka i niezobowiązująca lektura, przy której można się zrelaksować. I KONIECZNIE trzeba się przy niej zaopatrzyć w „coś na ząb”, bo w trakcie czytania żołądek budzi się do życia.


18 września 2016

Evans Richard Paul - "Bliżej słońca"


Richard Paul Evans
Bliżej słońca
(The Sunflower)

tł. Dorota Kaczor

Znak 2012
s. 315
978-83-240-1698-3
Cena: 32,90 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,2 cm)
+ 52 książki
+ Z półki

Ocena: 6/10

~*~

„Wszyscy nosimy obraz tego, jak powinno wyglądać nasze życie, namalowany pędzlem naszych pragnień i celów. Tymczasem w ostatecznym rozrachunku okazuje się, że ono nigdy nie wygląda tak, jak sobie wyobrażaliśmy”.

Kiedy Christina planowała swój wymarzony ślub, nie miała pojęcia, że wydarzenia potoczą się zupełnie inaczej. Paul również nie przypuszczał, że pewna zimowa noc w szpitalu okaże się przełomowa w jego życiu. Oboje mieli ułożone plany na przyszłość, byli przekonani, że wiedzą, gdzie i z kim spędzą następne kilka lat.

Spotkali się w Peru, w amazońskiej dżungli, gdzie Paul stworzył dom dla porzuconych dzieci. Christina za namową przyjaciółki zdecydowała się pracować tam jako wolontariuszka, by w ten sposób wyleczyć swoje złamane serce.

Jak spotkanie z mieszkańcami sierocińca na krańcu świata wpłynie na życie Christiny? Jaką rolę odegra w nim charyzmatyczny opiekun dzieci Paul Cook? Czy w dalekiej dżungli można zmierzyć się ze swoimi lękami i nauczyć się patrzeć na życie inaczej?

~*~

Ostatnio wszystkie moje recenzje zaczynam tak samo – że nie jest to moje pierwsze spotkanie z twórczością autora x. W tym przypadku muszę zacząć tak samo, pierwszą książką Richarda Paula Evansa, którą przeczytałam było Obiecaj mi. Do tej pory nie mogę o niej zapomnieć, o tej magii, jaką autor w niej zawarł, mimo, że jest to jedna z historii o miłości. Również i tym przypadku musiało upłynąć trochę czasu zanim sięgnęłam po inną jego powieść.

Bliżej słońca to historia nie tylko o dwojgu ludzi, którzy po życiowych rozczarowaniach odnajdują się w egzotycznym Peru. To także opowieść o trzecim świecie, o którym większość ludzi udaje, że nie wie, że nie istnieje lub po prostu nie chce wiedzieć. Na pierwszy plan wysuwa się tu chęć niesienia pomocy bezdomnym dzieciom, które często nie mają tam (oczywiście nie tylko w tamtym miejscu) łatwego życia. Na każdym kroku czai się na nie niebezpieczeństwo (nawet chłopcy nie mogą się czuć bezpieczni). Właśnie dla takich dzieci stworzono ośrodek – Słonecznik – gdzie Paul Cook (jeden z bohaterów Bliżej…)  przejął obowiązki kierownicze po jego założycielu i sprawuje opiekę nad sierotami.

Szczerze powiedziawszy Bliżej… odrobinę mnie rozczarowało, ostatnio czytam naprawdę dużo literatury kobiecej, obyczajowej oraz książek z gatunku Young Adult/New Adult, i po prostu nie usatysfakcjonował mnie opis miłości, jaki Evans tu stworzył. Relację, jaka łączy głównych bohaterów (czyli Christine i Paula) potraktował jak dla mnie trochę z przymrużeniem oka, po macoszemu i bez tzw. „konkretów” (przydałoby się trochę więcej szczegółów dotyczących m.in. ich emocji). Poza tym nie mam się do czego przyczepić, lektura była przyjemna i lekka, chociaż na początku na taką nie wygląda. Evans ponownie oczarował mnie swoim stylem, i udało mu się przenieść mnie w niezwykle egzotyczne miejsce – do krainy Inków, gdzie prawdopodobnie nigdy nie będę, no chyba że palcem na mapie, bądź dzięki jakieś książce. Bardzo podobało mi się tło na którym rozgrywają się wydarzenia Bliżej… Opis podróży jest bardzo realistyczny i bez problemu mogłam wyobrazić sobie miejsca, w których bohaterowie przebywali. Na pewno plusem Bliżej… jest temat poruszony przez autora, który nadaje historii głębi, bez tego spokojnie książkę można by było zakwalifikować do harlequinów (chociaż tam jest w porównaniu do Bliżej… więcej pikantnych szczegółów). Jeśli chodzi o postacie to mam na ich temat mieszane uczucia. Oprócz Jima (bohatera drugoplanowego) nikt nie wzbudził we mnie silniejszych emocji. Ot, po prostu byli. Ale gdy pojawiał się Jim, moje usta same się wykrzywiały w uśmiechu, był niezwykle uroczy. A fabuła? Niestety przewidywalna z małymi elementami zaskoczenia.

Tak jak napisałam wcześniej – ta lektura była po prostu przyjemna. To idealne słowo odzwierciedla moje uczucia do Bliżej… Idealna i niezobowiązująca na lato (ewentualnie na długi, zimowy wieczór). Mam nadzieję, że inne książki Evansa nie będą tylko przyjemne, ale równie rozwalające i zaskakujące jak Obiecaj mi.
~*~

Kochamy tych, dla których się poświęcamy. [1]

Nie szukaj swego przeznaczenia, bo to ono szuka ciebie. [2]

Nadzieja sprawia, że chwytamy się wszystkiego, co nam podrzuci los. [3]

[…] najlepszym lekarstwem na złamane serce jest oddać je innym. [4]

Naprawdę, nie ma biedniejszych ludzi niż ci, którzy  nie potrafią docenić dobrobytku, w jakim żyją. [5]

Ludzie od zawsze spoglądali w gwiazdy szukając wskazówek. Są też tacy, którzy wierzą, że one określają nasze przeznaczenie.  [6]

[…] kiedy miłość jest prawdziwa, sprawy same się układają. Choć nie zawsze jest tak, jak byśmy się tego spodziewali. [7]

Wszyscy nosimy obraz tego, jak powinno wyglądać nasze życie, namalowany pędzlem naszych pragnień i celów. Tymczasem w ostatecznym rozrachunku okazuje się, że ono nigdy nie wygląda tak, jak sobie wyobrażaliśmy. W tym tkwi najgłębsza tajemnica człowieczeństwa. Choć wolimy w to nie wierzyć, życie w znacznej części jest tylko reakcją na okoliczności. [8]

Miłość nigdy nie jest prosta – i rzadko kiedy bezbolesna. [9]

Rozłąk jest dla miłości tym, czym wiatr dla ognia – małą gasi, a wielką roznieca. [10]

[…] czasem musimy kogoś stracić, żeby zrozumieć, jak bardzo był dla nas ważny. [11]

[…] każde dziecko zasługuje na to aby mieć dzieciństwo. [12]

___
[1] Richard Paul Evans, Bliżej słońca, Kraków 2012, s. 17.
[2] Tamże, s. 19.
[3] Tamże, s. 41.
[4] Tamże, s. 57.
[5] Tamże, s. 93.
[6] Tamże, s. 137.
[7] Tamże, s. 166.
[8] Tamże, s. 259.
[9] Tamże, s. 269.
[10] Tamże, s. 297.
[11] Tamże, s. 300.
[12] Tamże, s. 314.