28 stycznia 2016

ZAFÓN Carlos Ruiz - "Książę Parnasu"

Carlos Ruiz Zafón
Książę Parnasu
(El principe de Parnaso)

tł. Katarzyna Okrasko

Muza 2012
s. 63
978-83-7758-294-7
Cena: (w pakiecie z Więźniem nieba) 49,99 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu  (+ 0,9 cm)
+ 52 książki
+ Z półki

Ocena: 6/10

~*~

Niniejsza opowieść jest skromnym divertimento odwołującym się do niektórych, mniej lub bardziej znanych, szczegółów z życia Miguela de Cervantesa Saavedry, przede wszystkim związanych z jego podróżą do Włoch, którą odbył w swych młodych latach, jak również z kilkoma bytnościami w Barcelonie, niejednokrotnie w jego dziełach wspomnianych. Aczkolwiek - rzecz dziwna - autor "Don Kichota" nie wspomina o swojej przyjaźni z barcelońskim drukarzem i księgarzem Antonim de Sempere i znajomości z łazikiem Sancho Ferminem de la Torre. Zupełnym również milczeniem w biografii wielkiego pisarza pominięte są jego trudne relacje z tajemniczym wydawcą Andreasem Corellim.

~*~

Mam wrażenie, jakbym Grę anioła Carlosa Ruiza Zafóna czytała wieki temu… Wieki temu w sobie rozkochała i otworzyła me oczy na nowe, czytelnicze doznania. Tak, Grę anioła naprawdę trudno jest wyrzucić z serca, kiedy już na dobre zadomowi się w organizmie czytelnika. Po skończeniu tejże książki miałam wrażenie, że przez całą jej lekturę byłam na haju – w innym wymiarze, dostępnym tylko dla wybrańców – dla tych, którzy czytają. Kiedy sięgnęłam po kolejne jego „dziecko” – Księcia Mgły – chciałam się przekonać, czy to był jednorazowy wyskok autora, czy może jednak „on tak po prostu ma”. Okazało się, że… on tak po prostu ma. Magia, która wylewała się z kart Gry anioła była również w Księciu Mgły. A teraz przyszła kolej na… Księcia Parnasu.

Szczerze powiedziawszy, kiedy pojawiła się ona w sprzedaży w zestawie wraz z Więźniem nieba (który nota bene mam przed sobą), to trochę się zdziwiłam. Lecz gdy zobaczyłam w końcu jej o s z a ł a m i a j ą c e gabaryty moje emocje troszkę opadły, ale ciekawość dalej mi dokuczała – na szczęście nie tak mocno, aby lecieć do najbliższej księgarni z językiem do pasa. Stwierdziłam, że przeczytam ją wtedy, kiedy nadejdzie odpowiedni moment. A ten czas nadszedł właśnie teraz…

Książę Parnasu to (niestety) krótka opowieść o pisarzu, którego zna każdy, szanujący się czytelnik – o Miguelu de Cervantesie z Saavedry, twórcy don Kochota z La Manczy. Zafón w swój własny, wyjątkowy sposób snuje opowieść, jak baśń, o pisarzu, który podobnie jak wielu wielkich twórców musiał pożegnać się ze swoją ukochaną. Autor wplata w historię także ten wyjątkowy czar i magię, występującą w Grze anioła i Księciu Mgły. Tajemnice i niedomówienia sprawiają, że opowieść ta (równie dobrze stwierdzenie to może dotyczyć w/w książek) ewoluuje, przenosi czytelników jakby na jakiś wyższy poziom „wtajemniczenia”, prawie mistyczny. Po raz kolejny, dzięki Zafónowi poczułam magię z czytania. Wstyd się przyznać, ale spowodowała także, iż moje poczucie wartości/wyższości  wzrosło nad tymi osobami, które w ogóle nie czytają książek. Książę Parnasu, podobnie jak w/w tytuły, wlał we mnie wiadro pozytywnej energii i nadziei, którą staram się rozdawać na prawo i lewo.  Równie dobrze tą opowieść, jak i Księcia Mgły, i Grę anioła, mogę porównać do narkotyku – po spożyciu przenoszą one do innego wymiaru, do świata, gdzie wszystko jest możliwe, a wygląd czy też nasze wady i słabości nie mają tam znaczenia.

Historia opowiedziana przez Zafóna w Księciu Parnasu nie jest jakaś oszałamiająca i wyszukana. Nie ma w niej fajerwerków, czy też niespodziewanych zwrotów akcji. Dodatkowo liczy zaledwie 62 strony, więc  trudno wymagać od niej rozbudowanej akcji. Nie można jej jednak odmówić specyficznego charakteru, który tworzy nie tylko sam styl autora, ale także i język, wyjęty jakby z przełomu  XVI i XVII wieku. To prosta historia o człowieku takim jak ja czy ty, ale Zafón w swój sposób ją maluje, dodając kilka tajemniczych elementów sprawiających, iż włączają się w głowie czytelnika pewne trybiki. Ale niestety nie poruszyła mnie tak mocno, i nie rozkochała jak wcześniej wymienione przeze mnie tytuły. Styl – owszem, rozpływałam się przy każdym zdaniu, ale treść… jak dla mnie mogłoby być jej więcej… 

Fajnie było ponownie wznieść się z Zafónem na wyżyny i poszybować w jego świecie, tylko szkoda, że tak krótko. Jednak z niecierpliwością będę oczekiwać na kolejny „ten moment” na twórczość tegoż autora.

~*~

Komedia uczy nas, iż nie należy brać życia nazbyt serio, tragedia zaś uczy nas, co się dzieje, kiedy nie bierzemy na serio tego, czego nas uczy komedia. [1]

Porzekadło głosi, że człowiek powinien iść, póki ma siłę w nogach, mówić, póki staje mu głosu i marzyć, póki tkwią w nim jeszcze resztki innocencji, bo i tak wcześniej czy później nie będzie już mógł ustać o własnych siłach, oddechu mu całkiem zabraknie, a marzyć będzie jeno o wiecznej nocy zapomnienia. [2]

- Mój ojciec zbudował ten pałac dla mnie, wiesz? Mniemał, że zdoła ochronić mnie przed światem. Ale kto ochroni mnie przed nami samymi? [3]

___
[1] Carlos Ruiz Zafón, Książę Parnasu, Warszawa 2012, s. 16.
[2] Tamże, s. 20.
[3] Tamże, s. 45.

24 stycznia 2016

ŁOPUSZYŃSKI Jacek - "Szept wody"

!!! RECENZJA PRZEDPREMIEROWA !!!

Jacek Łopuszyński
Szept wody

Novae Res 2016
s. 400
978-83-8083-067-7
Cena: 34,00 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 3 cm)
+ 52 książki

Ocena: 6/10

Czy facet może poprawić humor lepiej niż pół słoika antydepresantów? Ile może zmienić w życiu wspinaczka po drzewach, a ile ostre hamowanie? Co można znaleźć po drugiej stronie białej kartki, odnalezionej przypadkiem? I wreszcie, co kryją cienie przeszłości?

Dwoje ludzi, kobieta i mężczyzna. Samotni, z bagażem traumatycznych doświadczeń. Ona koncentruje się na wychowaniu czteroletniej córeczki, on na opiece nad wziętym z azylu psem. Żadne z nich nie planuje nowego związku ani nawet niezobowiązującego romansu. Ale los ma wobec nich inne plany…

„Szept wody” to romantyczna opowieść o ludziach, którzy ukryci za tarczą nieufności, stanowczości i ironii, trwają każde w swoim świecie. W bezpiecznych rzeczywistościach, w których optymizm i nadzieja nie występują w nadmiarze, ale które, boleśnie doświadczeni, boją się opuścić. Aż do dnia, gdy przypadek splecie ich losy i mimo obaw, wzajemnych oskarżeń i mrocznej przeszłości, odnajdą siebie.
~*~

Jak dobrze wiecie, ostatnio prawie non stop połykam wyłącznie obyczajówki i historie miłosne (z małymi przerywnikami oczywiście). Większość z nich to głównie polskie debiuty, którym przydałoby się czasami pewne okiełznanie. Niektóre są bardziej, a inne mniej udane, jedne mają niewykorzystany potencjał, a drugie są zbyt „rozgadane”. Jaki jest zatem Szept wody Jacka Łopuszyńskiego?

Z okładki książki dowiadujemy się, że ma to być po prostu klimatyczna historia miłosna, gdzie dwie zranione przez życie dusze mają w końcu szansę być szczęśliwe. Chyba nie będzie to zbrodnia jak napiszę, że Szept wody taki jest (bo w sumie większość czytelniczek, i czytelników, sięgając po tego typu książkę jest na to nastawione): opowieścią o rodzącej się między dwojgiem ludzi uczuciem, o którym marzy większość kobiet, i mężczyzn na ziemi. Jednak oprócz tego autor postanowił urozmaicić ją kilkoma wątkami (niby pobocznymi), które w moim mniemaniu przyćmiły ten najważniejszy. Oczywiście prowadzą one do głównego – miłosnego (tworzą jego część) – ale pan Jacek za bardzo je rozbudował.

Zabierając się za lekturę Szeptu… miałam pewne obawy, oczywiście największe odnośnie stylu autora. Po ostatniej „stylowej” przygodzie, którą zaserwowała mi książka pani Renaty Markowskiej, mam po prostu uraz. Ale gdy zaczęłam czytać Szept… to po prostu odpłynęłam. To był dosłownie miód na moje rany. Mimo, że kreacja bohaterów nie była idealna, to opisy i dialogi były samą przyjemnością. W opisach przeszkadzała mi jednak duża szczegółowość (bardzo często zachodziłam w głowę, po co autor podawał te informacje, skoro niczego nie wnosiły do fabuły), ale dialogi i komentarze (o których piszę poniżej) były przemyślane, zabawne, takie „z życia wzięte”. Nie tylko czytało się je z przyjemnością, ale i przeżywało. Odnośnie tych nieszczęśliwie długich i szczegółowych opisów (zazwyczaj nie mam nic do opisów, lubię je, ale muszą być jakoś „ogarnięte”): czasami były one niepotrzebne, ale zdarzały się fragmenty, gdzie ich nie było, a powinny się pojawić (by np. wyjaśnić zaistniałą sytuację). Jednak nadmiar ich sprawił, że w połowie lektura Szeptu… zaczęła mnie męczyć. Po prostu poczułam się przytłoczona nadmiarem informacji i cała radość z czytania powoli się ulatniała. Tak nie powinno być… Poza tym, zamiast przykładać dużą uwagę do rozmieszczenia przedmiotów w pokoju hotelowym autor mógł np. opisać jesień, którą w przeciwieństwie do pozostałych pór roku, jak dla mnie, potraktował trochę po macoszemu. Za to szalenie (oprócz dialogów) podobały mi się komentarze, które urozmaicały lekturę. Niektóre z nich bezczelnie będę wykorzystywać na co dzień, bo szkoda, by zostały zapomniane i przyprószone kurzem:

Wirtuoz pilota od telewizora [niestety nie zapisałam sobie strony, musicie mi to wybaczyć ;)]

Magister ironii po uniwersytecie [1]

Instrukcję, skierowaną do geniuszy wyobraźni o ilorazie inteligencji tostera, wyrzucił, nie czytając do kosza. [2]

Podobał mi się również pomysł z psem, który okazał się ciepłym i przyjemnym akcentem historii. Zresztą dobrze opisane zwierzaki zawsze służą opisywanej fabule – urozmaicają ją i wywołują na ustach uśmiech. Szczególnie, gdy sami jesteśmy właścicielami czworonożnych (i nie tylko) przyjaciół i zachowanie zwierzaka przytoczone przez autora nie jest dla nas niczym nowym. Historie, w których bohaterami są czworonogi są jakby bardziej „swojskie”, cieplejsze. Natomiast w moim przypadku wywołały miłe wspomnienia.

Pies słysząc swoje imię, zastrzygł jednym uchem, podniósł głowę i niepewny intencji przyjrzał im się badawczo. Dla pewności dwa razy machnął ogonem. Widząc jednak, że nic z tego nie wynika, wrócił do kontemplacji lodówki. [3]

Jak wspomniałam wcześniej, bohaterowie mogli by być bardziej dopracowani. Mam tu na myśli głównie Paula – brata głównego bohatera. Autor od początku kreował go na zimnego, bezwzględnego drania bez serca, a pod koniec zrobił z niego ofiarę losu. Coś mi w tym zgrzyta i nie pasuje. Mam wrażenie, jakby pan Jacek w połowie, nagle dostał olśnienia i zmienił cel umieszczenia Paula w historii. Jak dla mnie postać jego jest niewiarygodna oraz niedopracowana. Z kolei Weronika (główna bohaterka) momentami zachowywała się sztucznie i absurdalnie, za to przekomarzanie się jej i Michaela (głównego bohatera) było rewelacyjne, nie raz szczerze się z tego śmiałam. Jeśli chodzi o pozostałe postacie to nie mam jakiś większych zastrzeżeń. Autor mógłby tylko bardziej podkreślić hierarchię ważności bohaterów, bo ¾ wydaje się być głównymi, a z opisu wynika, że to Weronika i Michael (ewentualnie Karolinka) powinni grać role pierwszoplanowe. A tak to zostali oni przytłumieni przez inne postacie.

Z pewnością nie mogę odmówić autorowi pomysłowości. Historia jest przemyślana i dopracowana (niekiedy aż za bardzo). Książka okazała się miłym, acz trochę męczącym, zaskoczeniem, którą na pewno będę mile wspominać. Autor zadbał o to, by lektura nie nudziła czytelnika. Niestety rozbudowane wątki poboczne sprawiły, że ten główny cel trochę przyblakł. No i ten styl – miodzio.

~*~


- Jest jak Gaudi. – powiedział kiedyś jego ojciec. – Żyje we własnym świecie, którego fragmenty tylko czasem pozwala nam oglądać. Zupełnie tak, jakby napędzała go jakaś unikalna muzyka, którą wyłącznie on słyszy. [4]

- Opiekunem? – spojrzała pytająco. – Myślałam, że to pański pies…
- Mój. Ale to istota myśląca, czująca i wrażliwa. – powiedział. – Nie jest przecież rzeczą, którą można traktować na równi z kawałkiem drewna. Dlatego nazywam siebie opiekunem tej zegarowej bomby, tego psa-demolki. [5]

W pewnym stanie uczuć nawet stanowcza kobieta staje się w rękach ukochanego miękka jak plastelina. [6]

Czasem koniec rzeczywiście jest początkiem. [7]

Dziecko w ogóle nie respektuje żadnych granic. Dopiero dorastając, stajemy się niewolnikami własnych uprzedzeń i ograniczeń. Stawiamy mury nie do przejścia i zamki nie do zdobycia. [8]

Chcesz dać ludziom to, co w tobie najcenniejsze? Wstań z fotela i poświęć im swój czas. [9]

[…] czasem najtrudniej jest pozwolić odejść. [10]

~*~

Za możliwość lektury dziękuję ślicznie wydawnictwu Novae Res

___
[1] Jacek Łopuszyński, Szept wody, Gdynia 2016, s. 64.
[2] Tamże, s. 108.
[3] Tamże, s. 55.
[4] Tamże, s. 38.
[5] Tamże, s. 41.
[6] Tamże, s. 92.
[7] Tamże, s. 102.
[8] Tamże, s. 111.
[9] Tamże, s. 140.
[10] Tamże, s. 369.

17 stycznia 2016

ROWLING Joanne K. - "Baśnie Barda Beedle'a"

Joanne K. Rowling
Baśnie Barda Beedle’a

Media Rodzina 2008
s. 109
978-83-7278-343-1
Cena: 19,90 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu 2016 (+ 1 cm)
+ 52 książki 2016

Ocena: 6/10

~*~

Baśnie Barda Beedle’a zawierająca pięć bardzo różnych opowieści. Każda z nich ma własny magiczny charakter i każda w inny sposób wywołuje wzruszenie, śmiech i dreszcz lęku przed śmiercią.

Baśniom towarzyszą komentarze profesora Albusa Dumbledore’a, które ucieszą zarówno jugoli, jak i czarodziejów. Profesor zastanawia się w nich nad morałem każdej opowieści i ujawniają sporo nowych informacji o życiu w Hogwarcie.

~*~

Chyba nie muszę Wam przedstawiać J. K. Rowling i jej twórczości. Stworzyła ona świat, w którym chciałby się znaleźć każdy, kto przeczytał choć jedną część fenomenalnej serii o Harry’m Potterze – chłopcu, który przeżył. Szczerze, kiedy rozpoczął się „boom” na Pottera (miałam wówczas naście lat) ja uparcie brnęłam pod prąd. Nie chciałam mieć z tym szałem nic wspólnego… Jednak gdy opuściłam mury podstawówki i wkroczyłam w wiek gimnazjalny – przeznaczenie się o mnie upomniało. Pierwszą część (jak i kolejne pięć) pożyczyła mi dobra kumpela… Przepadłam. Zakochałam się w wykreowanym przez Rowling świecie i do tej pory nie mogę się z nim rozstać (została mi do przeczytania ostatnia część, a mianowicie … Insygnia Śmierci) mimo, że wszystkie ekranizacje obejrzałam kilkakrotnie.

Rowling chyba także trudno było pożegnać się ze światem magii, dlatego stworzyła kilka historii nawiązujących do Harry’ego Pottera: m. in. Baśnie Barda Beedle’a. Jako potteromaniaczka rozglądałam się za tą pozycją w różnych miejscach i trudno było ją zdobyć. Okazało się, że tytuł ten, jak i inne tego typu dzieła (np. Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć oraz Quiddich przez wieki) są prawie nie do kupienia. A jeśli już są, to ich ceny sięgają ponad 100 zł. Nie rozumiałam dlaczego tak się dzieje, dopiero na jakimś forum dowiedziałam się, iż są to… białe kruki. Ja miałam możliwość przeczytania Baśni… w wersji papierowej dzięki Tirindeth, która mi ją udostępniła. Dziwnie się czułam trzymając w ręku książkę wartą ponad pięć razy więcej od ceny detalicznej.

Baśnie Barda Beedle’a to zbiór pięciu krótkich bajek nawiązujących do świata magii oraz opatrzonych komentarzem przez Albusa Dumbledore’a – dyrektora Hogwartu. Pierwsza z nich opowiada historię pewnego czarodzieja i skaczącego garnka, druga o Fontannie Szczęśliwego Losu, kolejna prawi o włochatym sercu czarodzieja, czwarta przybliża losy Czary Mary i jej gdaczącego pieńka, a ostatnia – chyba najbardziej znana – to Opowieść o trzech braciach.

Po przeczytaniu wszystkich bajek poczułam lekkie ukłucie rozczarowania. Jak dla mnie Rowling mogła, zamiast komentarzy Dumbledore’a, napisać kilka baśni więcej (mogę się tylko domyślać jak trudno jest wymyślić sensowną bajkę z jakimkolwiek morałem…). Po prostu mam niedosyt, a przy czytaniu tekstu, gdzie wypowiadał się Dumbledore czułam się dosyć dziwnie, bo miałam tą świadomość, że to fikcja. Jeśli chodzi o same baśnie, to chyba nie będę jedyna pisząc, że „Opowieść o trzech braciach” jest najlepsza, prawda? Z wszystkich bajek to tylko ona sprawiła, że po prostu w nią uwierzyłam. Jak dziecko. Miałam wrażenie, jakbym czytała dobrze znaną mi historię.

W sumie za wiele na temat Baśni… nie da się napisać, a raczej ja wiele nie mam do powiedzenia. Książka przeniosła mnie na krótki moment do świata, który lata temu mocno pokochałam, ale żeby urwała mi głowę z wrażenia to bym nie napisała. Ot, taki miły dodatek do serii i tyle. Po zapoznaniu się z nią raczej nie będę za nią gonić, by za wszelką cenę ją zdobyć. Dla mnie nie jest warta tych pieniędzy, za ile można ją kupić np. przez Allegro. Fajnie jednak było powrócić do świata magii. A … Insygnia Śmierci czekają. Może w końcu się doczekają.


~*~

Prawda to cudowna i straszliwa rzecz, więc trzeba się z nią obchodzić ostrożnie. [1]

[…] ludzie mają dziwną skłonność do wybierania tego, co prowadzi ich do zguby. [2]

~*~

W serii o Harry’m Potterze ukazały się:
Harry Potter i Kamień Filozoficzny // Harry Potter i Komnata Tajemnic // Harry Potter i Więzień Azkabanu // Harry Potter i Czara Ognia // Harry Potter i Zakon Feniksa // Harry Potter i Książę Półkrwi // Harry Potter i Insygnia Śmierci

Dodatki ze świata Harry’ego Pottera:
Baśnie Barda Beedle’a // Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć // Quiddich przez wieki

___
[1] J.K. Rowling, Baśnie Barda Beedle’a, Poznań 2008, s. 11.
[2] Tamże, s. 101.

13 stycznia 2016

MARKOWSKA Renata - "Do trzech razy sztuka"

Renata Markowska
Do trzech razy sztuka

Novae Res 2015
s. 299
978-83-8083-008-0
Cena: 32,00 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu 2015 (+ 2 cm)
+ 52 książki 2015

Ocena: 2/10

~*~

Co może się stać, gdy zamyśloną marzycielkę uratuje przystojny chłopak?

Dodajmy, że ta marzycielka pochodzi z zamożnej rodziny i ma wszystko –
oprócz miłości… a jej przystojny wybawiciel to troskliwy syn opiekujący się schorowaną matką, którego największym, bo jedynym bogactwem jest kochająca się rodzina?

„Do trzech razy sztuka” to pełna nadziei i radości opowieść o tym, że droga do szczęścia nie jest prosta, a w życiu najważniejsza jest miłość, przed którą nie da się uciec i o której nie da się zapomnieć…

~*~

Do trzech razy sztuka to historia o nastoletniej miłości oraz trudnych relacjach z najbliższymi. Autorka poruszyła w niej wiele aspektów, także status materialny, do którego dużą uwagę przykłada rodzina głównej bohaterki, Marii. Aż do czasu… Wszystko byłoby okay, gdyby autorka dobrze to opisała...

W sumie nie wiem od czego mam zacząć, bo książka ma naprawdę wiele wad. Może rozpocznę od najbanalniejszej rzeczy, czyli okładki – co tu ukrywać, przy wybieraniu lektur kieruję się (pewnie Wy także) nie tylko opisem danego tytułu, ale również i szatą graficzną. Okładka przyciągająca wzrok to połowa sukcesu, a często staje się jakoby impulsem kupna danego tytułu – nawet wtedy, kiedy opis nie do końca do nas trafia. W tym przypadku i opis, i szata zwiastowały na naprawdę fajną, lekką, młodzieżową lekturę, przy której moje serce zabije mocniej. Lecz kilka pierwszych zdań pozbawiło mnie złudzeń. Język momentami woła o pomstę do nieba, tak jak przedstawione wydarzenia i kreacja bohaterów. Przemyślenia Marii są… po prostu śmieszne, żeby nie powiedzieć żenujące.

Jako rasowy kot z gracją załatwia się na piasku. [1]

Nigdy nie miałam kota i nie wiem jak koty załatwiają swoje potrzeby, ale trudno mi sobie wyobrazić „style” w jakich zwierzaki robią np. siusiu. Możecie sobie tylko wyobrazić minę, gdy trafiłam na to zdanie – pewnie była bezcenna (jak w reklamach kart Master Card).

Siedziały na ławeczce […] jesienne słoneczko […] chmurki. [2]

Pewnie zastanawiacie się, co łączy te wyrazy? Już spieszę z odpowiedzią: zdrobnienia. Bardzo rzadko trafiam na tego typu zjawiska, a jeśli już to są one użyte w sytuacjach, gdzie pojawiają się dzieci, ale pierwszy raz spotykam się z tym w książce dla młodzieży. Zazwyczaj stosuje się je m. in., kiedy opisujemy jakąś rzecz bądź po prostu chce się podkreślić ciepły stosunek do np. do bliskiej nam osoby. Poczułam się jak przedszkolak, który czyta książką dla dzieci. W tym przypadku nie mam pojęcia po co autorka zastosowała je - „ławeczkę” jeszcze zrozumiem, bo może w ten sposób p. Renata chciała podkreślić jej wielkość, to słoneczko i chmurki już nie bardzo (no dobra chmurki także, ale słońce to słońce. Kropka).

Ptaki kwiliły, jedne w poszukiwaniu pożywienia, a inne po prostu śpiewały i swoim rozbrajającym głosem umilały Marii czas. [3]

Nigdy nie spotkałam się ze stwierdzeniem, że ptaki kwilą… Jak widzę słowo „kwili”, to od razu staje mi przed oczami obraz niemowlęcia, któremu coś dolega. A poza tym czy ptaki mogą mieć rozbrajający głos? Bo ja jakoś… tego nie czuję.

[…] St. Witkiewicza czy J. Matejkę. [4]

Ładnej (moim zdaniem) wyglądałoby rozwinięcie inicjałów tych wielkich artystów bądź zostawienie samych nazwisk. Ogarnięty czytelnik na pewno będzie kojarzył Witkiewicza i Matejkę.

Matka ucałowała ją tylko w policzek na pożegnanie i powiedziała, że zadzwoni. Krystyna (matka bohaterki – przyp. Dzosefinn) nie odezwała się ani słowem, stała w drzwiach i patrzyła, jak córka odjeżdża w strugach deszczu. [5]

To jak to w końcu z tą matką było? Niedoprecyzowanie = chaos = tragedia.

Słońce smażyło wszystkich przebywających na plaży na rumiane kotlety. [6]

Gratuluję autorce wyobraźni. Ja bym nie wpadła na takie porównanie. Może nie chciała używać popularnej „patelni” dlatego wyskoczyła z kotletami? Jeszcze mogły być ewentualnie „skwarki”. W sumie co za różnica, nie? Przy niektórych zwrotach po prostu opadały mi ręce, a przy innych pojawiały się znaki zapytania – „co?”.

Kolejną rzeczą są wydarzenia i fakty, które czasami wyskakują jak Filip z konopi – to także nadwyrężyło moją cierpliwość do tego tytułu. Ale to niestety nie wszystko… Zdziwiła mnie scena z wątkiem szpitala. Nie przesiedziałam w szpitalach całego życia, ale jednak trochę się o niego otarłam i nie miałam sytuacji, kiedy to lekarz nie poinformował mnie o stanie mojego zdrowia, czy przypuszczeniach „co może mi dolegać”. A może trafiałam na w miarę ogarniętych specjalistów?

Różne bywają relacje w domu, czasami lepszy kontakt ma się z mamą, a niekiedy z tatą. Zazwyczaj, kiedy mamy jakiś problem sercowy, czy natury kobiecej to często kierujemy się raczej do mamy. Bo to w końcu mama – co by nie było kobieta, która powinna zrozumieć nasze rozterki. Do taty idziemy, gdy stykamy się z problemami bardziej technicznymi – rzadko porusza się przy nich tematy - jakby to określić – intymne (oczywiście chodzi mi tu o punkt widzenia dziewczyny, bo chłopaki to raczej zwierzają się ojcom, chociaż wydaje mi się, że równie często zwracają się także do mam). Tutaj Maria, miała trudne relacje z matką, dlatego swoje sprawy kierowała do taty. W tym także sercowe. Ja nigdy bym nie zwierzyła się mojemu tacie ze swoich uczuć odnośnie jakiegoś faceta. Nie przeszkadzała mi ta sytuacja, ale sposób jej przedstawienia. Dywagacje bohaterki odnoście tego tematu były na poziomie podstawówki, a nie liceum. Zresztą ogólnie nie podobało mi się przedstawienie przemyśleń bohaterów – to znaczy sposób ujęcia ich w historii (a raczej ich brak) – autorka potraktowała je jako dialogi, co naprawdę utrudniało lekturę.

Bohaterowie oraz większość akcji (jeśli nie cała fabuła) była bardzo sztuczna. Nie uwierzyłam w ani jedno słowo autorki, a dialogi… przeciętne, suche, bez polotu, czasami też ładu i składu.

- Zawsze zastanawiałem się kto mieszka w tak niezwykłym domu. Wyobrażałem sobie, że to zamek i zamieszkuje w nim piękna księżniczka. – Uśmiechnął się. – I nie myliłem się… [7]

Pierwsze co pomyślałam to „co za bajer, która normalna dziewczyna by w to uwierzyła”. Jeszcze jakby to był żart, ale bohater… on tak na serio. A Maria uwierzyła. Serio.

I przechodzę chyba do najgorszego fragmentu tej książki. Oszczędzę Was i nie przytoczę tego w całości, ale te kilka zdań będziecie musieli przeżyć. Chodzi mi tu o scenę seksu. Autorka pokazała nam… jak NIE opisywać scen zbliżeń. Zazwyczaj nie mam z nimi problemu, ale muszą być one napisane ze smakiem. Po prostu trzeba je ująć tak, aby nie wywoływały wymiotów, nie wzbudzały politowania, ani tym bardziej żenującego śmiechu. Ja nie wiedziałam, czy mam się śmiać czy płakać. Chyba było to najgorsze, co mnie mogło w tej historii spotkać…

Patrzył na jej nagie szczupłe ciało i rozpierała go pożądliwość. [8]

???

Jego ręka powędrowała w dół i znalazł ujście. [9]

????

[…] Marię aż podniosło do góry z podniecenia. [10]

Dałam ten fragment mojej przyjaciółce do przeczytania i stwierdziła, że już w Harlequinach (Desire) sceny seksu są bardziej dopracowane i porywające. Pozwólcie, że ja tego nie skomentuję.

Momentami po prostu nie mogłam tego czytać, lecz pocieszałam się tym, że im szybciej ją skończę, tym lepiej dla mnie. Przykro mi to wszystko pisać, ale taka jest prawda – Do trzech razy sztuka to porażka 2015 roku. Była to dla mnie mordęga, a czytanie jej wywoływało we mnie mnóstwo różnych reakcji: śmiech, irytację, złośliwość, a przede wszystkim czarną rozpacz. Może pomysł i był, ale wykonanie fatalne. W sumie nie oczekiwałam od książki wiele – tylko tego, by była przyjemna, napisana jakimś sensem i lekka. I nawet tego nie spełniła…

Podsumowując: Do trzech razy sztuka to porażka. Nie tylko językowa, ale także kreacji bohaterów. Jak otoczenie można przetrawić, to reszty już niekoniecznie. Tak naprawdę nic w niej dobrego nie było, oprócz pomysłu autorki. Czasami same chęci to za mało, przydałaby się szczypta tego „czegoś” co przyciąga czytelników do książki, jak pszczoły do miodu. Tu tego zabrakło.

~*~

Za możliwość recenzji dziękuję ślicznie wydawnictwu Novae Res

___
[1] Renata Markowska, Do trzech razy sztuka, Gdynia 2015, s. 23.
[2] Tamże, s. 79-80.
[3] Tamże, s. 83.
[4] Tamże, s. 211.
[5] Tamże, s. 212.
[6] Tamże, s. 23.
[7] Tamże, s. 32.
[8] Tamże, s. 169.
[9] Tamże.
[10] Tamże.

9 stycznia 2016

BORYS Agnieszka - "Nadzieja"

Agnieszka Borys
Nadzieja

Novae Res 2015
s. 107
978-83-7942-952-3
Cena: 23,00 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu 2015 (+ 0,7 cm)
+ 52 książki (2015)

Ocena: 6/10

~*~

Jakub, samotny idealista szukający ucieczki przed światem, zaczyna pracę w domu opieki. Tam zostaje opiekunem Marii, która wciąż wymyka się z ośrodka. Nikt nie wie, dokąd kobieta się udaje i czy jest to wynikiem jej choroby, czy też skrywa ona jakąś tajemnicę. Z czasem pomiędzy Marią a Jakubem zawiązuje się niezwykła przyjaźń. Przyjaźń, która odmieni ich na zawsze.

~*~

Co by się z nami stało, gdybyśmy utracili nadzieję? Często zwaną także matką głupich, która pojawia się w trudnych dla nas momentach i tli się rzucając na nie ciepłe, dodające otuchy światło. Takie, które nie tylko pociesza i otula, ale także sprawia, że mamy jeszcze siłę na to, by walczyć, marzyć i śnić…?

Historia opowiedziana przez Agnieszkę Borys toczy się w niezwykle malowniczym i trochę surowym miejscu, gdzie towarzyszem naszej samotni jest szum morza, skrzek mew oraz orzeźwiająca bryza. Właśnie taki klimat otula dom opieki, który bardzo często staje się dla starszych ludzi nie tylko ostatnim domem na Ziemi, ale także i… więzieniem, gdzie obowiązują surowe reguły. Żyją w nim osoby z różnymi dolegliwościami i chorobami: nie tylko fizycznymi, ale również i duchowymi. Jedną z mieszkanek tego domu jest Maria, która przez swoje niezapowiedziane wędrówki często przyprawia pracowników ośrodka o szybsze bicie serca. Kobieta jednak nie ucieka bez powodu, a opiekunom trudno do niej dotrzeć. Pewnego dnia do domu opieki zostaje zatrudniony nowy pracownik, który swoim świeżym podejściem i spojrzeniem na świat zmienia ludzi znajdujących się w jego otoczeniu – w tym także Marię. Jaką tajemnicę skrywa Maria? Czy Jakubowi, młodemu opiekunowi uda się dokonać na pozór rzeczy niemożliwej? Tego dowiecie się sięgając po Nadzieję.

Odkąd zobaczyłam ów tytuł na liście książek do recenzji przeczuwałam, że to może być coś, co potłucze moje serce na kawałki. Opis obiecywał tak wiele… Historię, która pozostanie ze mną naprawdę bardzo długo i z przyjemnością (i pewną melancholią) będę do niej wracać nie tylko w jesienne, ale także zimowe dni.  Lecz gdy dotarła do mnie papierowa wersja Nadziei i zobaczyłam jej objętość – całe 107 stron – to się załamałam. Dlaczego? Bo bardzo, bardzo trudno jest napisać dobrą książkę zajmującą tak mało stron. Udaje się to tylko nielicznym pisarzom (np. Ericowi Emmanuelowi Schmittowi - Oskar i Pani Róża). Z wielką obawą zabrałam się za jej lekturę i… te obawy okazały się słuszne. Nadzieja pani Agnieszki zapowiadała się naprawdę fantastycznie, język bez zarzutu, od samego początku dałam się wciągnąć w świat wykreowany przez autorkę. Lecz im dalej w las, tym coraz mocniej bolało mnie serce… Pomysł na książkę okazał się świetny, ale… to wszystko okazało się niewystarczające. Autorka poradziła sobie (z różnym skutkiem) nie tylko z językiem, kreacją bohaterów i opisami, ale wszystkie, dosłownie wszystkie wydarzenia poucinała, nie pozwalając rozwinąć się poszczególnym wątkom, które aż prosiły się o większą uwagę. Nie wiem jak wy odbieracie tego typu książki, ale ja przy Nadziei odczuwałam prawie fizyczny ból – ból niewykorzystanego pomysłu i potencjału. Miałam wrażenie, jakby autorka bała się tego, co tworzy, może nie chciała przedobrzyć – nie wiem, wiem tylko tyle, co ja czuję po jej lekturze. Takie rozczarowania niezwykle mocno bolą (szczególnie mnie), tym bardziej, gdy widać potencjał… Eh…

Czasami trudno jest oceniać takie krótkie książki (dla mnie są to głównie dłuższe opowiadania, a nie książki), ponieważ niekiedy nie ma co oceniać. W tym przypadku – na szczęście – da się, lecz większość elementów jest niedokończonych, bądź też niedopracowanych. Jak wspomniałam wcześniej pomysł był rewelacyjny: pokazanie przyjaźni między pokoleniami super, ale nie dopracowany. Nie widać tej przyjaźni, za mało autorka poświęciła na to uwagi, a wydaje mi się to dosyć ważną rzeczą. Oczywiście tytułowa nadzieja jest kluczowym elementem fabuły, lecz przydałoby się jakieś urozmaicenie, np. wspomniana wcześniej przyjaźń, tylko lepiej opisana. Dyrektor domu opieki także wymaga podszlifowania – dla mnie nie jest on wiarygodną i prawdziwą postacią, podobnie jak Zofia – jedna z opiekunek w ośrodku. Natomiast Maria już lepiej prezentuje się na tle tej dwójki, lecz także można by było coś z niej jeszcze wycisnąć. I Jakub również mógłby być lepiej wykreowany. Jedyne, co udało się autorce prawie w 100% dobrze to opisy otoczenia, w którym dzieje się akcja. Bardzo dobrze oddała klimat tego miejsca, ale… za krótko! Czas akcji na tych 107 stronach rozgrywa się w przeciągu… 2 lat. Tak, dwa lata opisane na 107 stronach. To jest niemożliwe do wykonania (w moich oczach) – a może i jest, ale autorka sobie z tym niestety nie poradziła.

Muszę jeszcze wspomnieć o zakończeniu, które było bardzo „na miejscu” i gdyby było inne, to ta historia zupełnie nie miałaby sensu. Straciłaby chyba swój urok, bo niewątpliwie go ma.

Nadzieja jest przede wszystkim historią niedopowiedzianą, nieskończoną i niedopracowaną. Sam pomysł, cel autorki, zawarte w niej emocje, klimat oraz opisy są godne pochwały. Gdyby pani Agnieszka porozwijała te wszystkie poucinane wątki to wyszłaby z tego niezwykle przejmująca, klimatyczna książka. A tak to mamy przyjemne, długie opowiadanie na jeden wieczór. Mimo tego nie żałuję, że ją przeczytałam, bo wniosła ona trochę świeżości do mojego czytelniczego światka. Mam nadzieję, że autorka przy następnej książce bardziej rozwinie skrzydła i pokaże na co ją stać. I trzymam kciuki, aby się to udało.

~*~

[…] starsi ludzie zasługują na coś więcej niż tylko wypucowany pałac i „służbę”. Każdy z tych ludzi miał swoją wspaniałą historię, czasem może dramatyczną , ale własną. Nie należy traktować ich jak antyki, które się odkurza i dba o to, by się nie stłukły. [1]

[…] każdy ma jakieś problemy, mniejsze lub większe. Trzeba sobie z nimi radzić tak jak umiemy najlepiej […]. [2]

Udało ci się zmienić Zośkę, ale to nie znaczy, że uda ci się zmienić świat  innych ludzi. Czasem trzeba się pogodzić i zaakceptować pewne normy niezależnie od tego, czy nam się to podoba, czy też nie, Czasem jest to lepsze i bezpieczniejsze… [3]

Czasem jest tak, że myślisz, że wszystko stracone. Nie zgadzasz się z rzeczywistością, która cię otacza. Zawsze jednak trzeba mieć nadzieję… [4]

[…] ludzie nie zmieniają się z dnia na dzień. [5]

~*~

Za możliwość lektury dziękuję ślicznie wydawnictwu Novae Res

___
[1] Agnieszka Borys, Nadzieja, Gdynia 2016, s. 23-24.
[2] Tamże, s. 36-37.
[3] Tamże, s. 42.
[4] Tamże, s. 45.
[5] Tamże, s. 48.

6 stycznia 2016

[#8] Nowości wydawnicze - GRUDZIEŃ



Witajcie kochani!

Grudzień okazał się naprawdę bardzo ubogi w nowości. W sumie trudno się dziwić,  większość z nas już od połowy listopada zaczyna żyć świętami Bożego Narodzenia oraz Sylwestrem.

~*~

źródło: Jaguar
Kiera Cass
Królowa i faworyta




 Wydawnictwo: Jaguar
 Strony: 208
 Cena: 34,90 zł

Dwa opowiadania, osadzone w urzekającym świecie Rywalek, niezwykle popularnej powieści Kiery Cass, która zajęła pierwsze miejsce na liście bestsellerów „New York Times”, są teraz po pierwszy dostępne w druku! Królowa i Faworytka ukazują nieznane wydarzenia z życia dwóch ulubionych przez czytelniczki bohaterek Rywalek. Zanim zaczęła się opowieść o Americe Singer, inna dziewczyna przyjechała do pałacu, by rywalizować o rękę innego księcia. W Królowej możemy śledzić losy przyszłej matki księcia Maxona, Amberly, podczas Eliminacji, dzięki którym została ukochaną przez wszystkich królową. Marlee Tames przybyła do pałacu, by zdobyć serce księcia Maxona – ale jej własne serce miało inne plany. Faworytka pokazuje sceny ze wspólnego życia Marlee i Cartera, od pamiętnej nocy, gdy ich sekret wyszedł na jaw, aż po wydarzenia z finału Jedynej.

~*~

źródło: Replika
Monika Sawicka
Mimo wszystko


 Wydawnictwo: Replika
 Strony: 216
 Cena: 29,90 zł

Miłość potrafi głęboko zranić i zniknąć na zawsze. Jak żyć w świecie bez miłości? Schować się przed ludźmi? Przestać jeść i pić? Nie dbać o siebie? W kim szukać oparcia, gdy miłość przestaje być najważniejsza?

Ukochany Natalii wypowiada pod jej adresem wiele gorzkich słów. Chce „przerwy”, która pozwoli mu zobaczyć, czy ich związek ma szansę przetrwać. Przez kolejnych dziesięć dni nie mają się ze sobą kontaktować. Tymczasem Natalia wyjeżdża w Tatry ze swoją przyjaciółką. Spotkani tam ludzie zmienią dotychczasowe życie kobiet nie do poznania. 

Mimo wszystko pokazuje, że człowiek jest w stanie znieść więcej, niż mu się wydaje. Że dzięki wsparciu przyjaciół może pokonać wszystkie przeszkody, nawet te, które wydają się nie do pokonania. Historia dwóch przyjaciółek wzrusza i bawi do łez, skłania do refleksji, daje nadzieję na lepsze jutro i pozwala dostrzec, to co w życiu jest najważniejsze

~*~

źródło: Matras
Olga Gromyko
Rok szczura. Wędrowniczka

Rok szczura. Widząca // Rok szczura. Wędrowniczka


 Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
 Strony: 450
 Cena: 42,90 zł

Ledwo co parę tygodni temu Ryska była zwykłą wiejską dziewczyną, którą od rówieśniczek odróżniały wyłącznie zdolności widzącej, czyli umiejętność dokonania najlepszego wyboru. 

A teraz tuła się po drogach i wsiach w towarzystwie Żara, młodego złodziejaszka – przyjaciela z dzieciństwa i Alka – gadającego szczura, którego największym życzeniem jest zmienić się z powrotem w człowieka. 

I wszystko byłoby dobrze (a przynajmniej względnie dobrze) gdyby nie to, że dokonane dawno temu wybory często miewają nie do końca spodziewane a równocześnie daleko idące konsekwencje.

5 stycznia 2016

[#05] Wyniki konkursu


Witajcie kochani!

Dzisiaj króciutko, bo przychodzę z wynikami świątecznego konkursu na życzenia dla… osoby, która cię zraniła i skrzywdziła. Do konkursu zgłosiło się 14 osób, z czego się niezmiernie cieszę, bo zadanie okazało się chyba łatwe, nie? :) Wszystkie nadesłane odpowiedzi kryły w sobie wiele bólu, ale także chęci przebaczenia i zapomnienia doznanych krzywd.

Jak zawsze przy wyborze pomagały mi dwie niezastąpione duszyczki, czyli mida189  oraz Monika P. Nasze typy okazały się podobne, z czego się cieszę, bo pokazuje to, że podoba nam się (prawie) to samo. Zatem nie przedłużając.

Nagrodę-niespodziankę nr I otrzymuje:

Monika W.

Moja Kochana,
Gdyby mi ktoś kiedyś powiedział, że nasza przyjaźń zakończy się w taki sposób nie uwierzyłabym, wyśmiała i zarzekała się, że to niemożliwe, że to się nigdy nie zdarzy.
A jednak... Nie zbadane są ludzkie losy i nasze decyzje...
Nie widziałam Cię już lata całe, a nasz kontakt w zasadzie jest żaden.
Czterdzieści wspólnych lat od dziecka razem spędzonych to dziś już tylko wspomnienie.
Ale za chwilę mamy Święta, kolejne Boże Narodzenie...
Dlatego chciałam Ci życzyć pomimo, że dusza boli
Byś była zawsze szczęśliwa, byś nie doznała niedoli.
Oby Cię nikt tak nie zranił, jak Ty zraniłaś mnie
I żebyś wciąż pamiętała wspólnie spędzone dnie.
Aby ten Nowy Rok, który już czeka za progiem,
przyniósł mnóstwo radości i nie stał się Twoim wrogiem.
Niech Cię prowadzi przez życie po jak najprostszej drodze,
Tak, byś się uśmiechała i nie zawiodła się srodze.
Moje życzenia są szczere, takie tylko dla Ciebie,
A ja, choć jestem daleko, nie zawiodę w potrzebie.
Bo mimo tego co było, jesteś w mym sercu na zawsze
I mam nadzieję, że życie będzie dla nas łaskawsze.
Monika


Nagrodę-niespodziankę nr II otrzymuje:

kaja

Dla Ciebie K .
Ciężkie chwile miałyśmy, ale lepszych dni wytrwałyśmy, 
bo chociaż życie stawia nam kłody pod nogi, to życzę Ci w Święta wiele osłody.
By każdy dzień był dniem radości,
a smutek niech już w twym sercu w Nowym Roku nie gościł.
Byś nie była bojaźliwa,
tylko życiem się radowała i każdego pozytywną energią zarażała.
Byś sukcesy odnosiła i uśmiechem się już na zawsze ' otuliła'.
Życzę Ci też noworocznej miłości,
która nie będzie zwracać uwagi na Twe słabości. 
Aby każdy poranek był piękniejszy,
ale i również skromniejszy. 
Mały Jezusek niech Cię prowadzi
i z ciężkich chwil zawsze, szybko wyprowadzi. 
Czegóż mogłabym Ci jeszcze życzyć ? 
Może byś się nigdy nie rozczarowała 
a ludziom bardziej zaufała.
By ludzie Cię szanowali i 
przyjaźń z Tobą zawierali. 
No i życie niech Ci leci zdrowo i kolorowo.
Byś z rodziną ten Świąteczny czas spędziła
i marzenia w Nowym Roku wszystkie spełniła.
Jeszcze życzyć Ci będę tego, żebyś magię Świąt ujrzała 
i nadzieją na lepsze życie się 'otulała'.
Moja droga przyjaciółko więc głowa do góry, 
wybaczaj ludziom swe dnie ponure
bo ja to już dawno zrobiłam 
i miejsce w sercu na Twój powrót zrobiłam. 
Więc niech Święta to czas oczyszczenia i Boskiego uwielbienia. 
Żebyś się do mnie w końcu odezwała 
i życie w miłej atmosferze już na wieki spędzała.
Uśmiecham się teraz do Ciebie 
choć na świecie dalej źle się dzieje,
to my to zmieńmy i spokój w Święta wnieśmy, by ludzie zobaczyli, że Święta to czas wybaczania i życzeń sobie składania 
ale i szczerych, prawdziwych uczuć sobie okazywania. 
Wiesz o tym bardzo dobrze, że nigdy bym Ci źle nie życzyła
mimo tego co mi zrobiłaś.
Te życzenia więc są naprawdę szczere i 
pisząc je niezmiernie się wesele.
PS. Pamiętaj też o tym, że czas szybko płynie i nie wiadomo czy smutek nas od wewnątrz nie zabije. Więc ściskam Cię serdecznie i wierzę, że teraz będzie w Święta magicznie. 
Zdjęcie choinki Ci przesyłam, więc i Ty teraz już na zawsze bądź szczęśliwa. :*:)


Nagrodę-niespodziankę nr III otrzymuje:

JoAnna Polska

Do Wszystkich tych, którzy mają coś (względem mnie) na sumieniu,
Może wiecie, że to o Was tu mowa. Jest też możliwość taka, że nie macie o niczym pojęcia, robiąc dalej to, co uczyniliście już wcześniej. Są Święta - moment, który nas przemienia. Cóż mogę powiedzieć? Zapomnieć o tym wszystkim (co między nami było i jest) już nie można. Wybaczyć nie jest łatwo. Życie to jednak wciąż niewiarygodny dar - każdy jego dzień - sensu pozbawione jest więc tracenie tego cennego czasu na rozpamiętywanie dawnych (albo i mniej) win. 
Życzę Wam zatem tego, co dla Was najlepsze. Wybierzcie sami. Wybierajcie lecz mądrze. To nie groźba, to przestroga - kiedy jest szansa, należy próbować być lepszym. Jeśli zaś o mnie chodzi, wszystko wybaczone. Będę się starała złe wspomnienia zastąpić o wiele lepszymi. 
Najlepszego w Nowym Roku! Nie zapomnijcie o swoich życzeniach o północy! Może i moje życzenie się spełni i spotkam Was już jako zupełnie inne osoby? ;)
Joanna P.


Gratuluję dziewczyny, e-maile już do Was poleciały, czekam na Wasze odpowiedzi.

Dziękuję Wam wszystkim za udział, mam nadzieję, że wkrótce znowu pojawi się jakiś prościutki konkurs, taki na dobre rozpoczęcie roku 2016 ;).


Trzymajcie się!

3 stycznia 2016

NESS Patrick - "Na ostrzu noża"

Patrick Ness
Na ostrzu noża

Papierowy Księżyc 2014
s. 508
978-83-61386-50-6
Cena: 39,90 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 3,2 cm)
+ 52 książki

Ocena: 7/10

~*~

Tood Hewitt jest jedynym chłopcem w osadzie pełnej mężczyzn. Odkąd osadnicy zostali zarażeni Szumem, Todd słyszy wszystko, co mężczyźni myślą, a oni słyszą wszystko, co myśli on.

Za miesiąc Todd ma stać się mężczyzną, ale wśród otaczającej go kakofonii orientuje się, że mieszkańcy osady coś przed nim ukrywa - coś tak strasznego, że Todd zmuszony jest uciec wraz ze swoim psem, którego prosty, lojalny głos również słyszy.

Ścigani przez wrogo nastawionych osadników, natrafiają na dziwną, milczącą istotę: dziewczynę. Kim ona jest? Dlaczego nie została zabita przez chorobę, tak jak wszystkie inne kobiety w Nowym Świecie?

Chropowata narracja Todda wciąga czytelników w zapierającą dech podróż, w toku której chłopiec stojący u progu dorosłości musi się oduczyć wszystkiego, co zna, aby pojąć, kim naprawdę jest.

~*~

Styl Patricka Nessa pokochałam w momencie, kiedy kończyłam mocno poruszającą serce podróż po Siedmiu minutach po północy – pierwszej jego książce wydanej w Polsce, którą napisał na podstawie pomysłu Siobhan Dowd. Sięgnięcie po następne jego dzieła (podobnie jak w przypadku Robeta McCammona oraz Maureen Lee) było tylko kwestią czasu. W zeszłym roku na rynku wydawniczym pojawiła się druga książka Nessa, tym razem autorskiego pomysłu, która otwiera trylogię Ruchomy Chaos, a mianowicie Na ostrzu noża.

Autor przenosi czytelników do przyszłości, a konkretniej w czasy kolonizacji nowej planety. Jednak Nowy Świat okazał się inny, niż dobrze znana nam Ziemia. Koloniści zostali zmuszeni do zaakceptowania wad „nowej Ziemi”, w tym szumu, którego nie da się „wyłączyć”. Każdy słyszy każdego i trudno w nim ukryć prawdę oraz targające duszą emocje. Właśnie w takim świecie urodził się Todd, chłopiec dla którego szum nie był niczym nowym – szokującym – ale równie jak dla pozostałych mieszkańców tejże planety trudnym do zaakceptowania. Chłopiec wkrótce ma się stać mężczyzną, a jednym z elementów wprowadzenia go w świat dorosłych ma być prawda (oczywiście nie cała), którą skrywają mieszkańcy osady Prentisstown. Niestety Todd odkrywa na okolicznych bagnach coś, co zmusza go do ucieczki z miejsca, który nazywał domem. Jedynym jego kompanem zostaje irytujący go pies – Manczi, a drogowskazem mapa. Tak właśnie rozpoczyna się ucieczka: nie tylko przed społeczeństwem, do którego nie pasuje sercem, ale także wieloma innymi rzeczami, w tym… prawdą.

Na ostrzu noża okazało się zupełnie czymś innym, niż wcześniej wspomniane przeze mnie Siedem minut... I szczerze powiedziawszy nie do końca spodziewałam się tego, co tym razem autor przygotował dla swoich czytelników. Liczyłam na równie mocno poruszającą historię, po której nie będę mogła długo się pozbierać. Niestety nic takiego nie miało miejsca, choć autor stworzył naprawdę ciekawą fabułę, która na pewno pozostanie ze mną na długo.

Autor rzuca nas na głęboką wodę od samego początku historii. Już na pierwszych stronach mamy do czynienia z dziwnymi słowami, których nie wyjaśnia od razu i tym samym dezorientuje czytelnika. Zaczyna on główkować:  „czy akcja dzieje się na Ziemi, czy może gdzieś indziej?”. A następnie stara się odgadnąć, czy „szpakus” to obcy, zwierzę, czy może roślina. Podobnie jest z „marukiem”, „kroksem” i wieloma innymi wyrazami. Dla przykładu, dopiero po 60 stronach od pojawienia się słowa „szpakus” dowiadujemy się co to jest. Mnie osobiście nie podobał się ten sposób prowadzenia akcji i przeszkadzało mi to w delektowaniu się lekturą.

Ness bardzo dobrze poradził sobie nie tylko z kreacją otoczenia, ale także z bohaterami. Każda postać jest inna, na swój sposób wyjątkowa i niepowtarzalna. To, co wyróżnia Na ostrzu noża od innych tego typu historii jest szum, który sprawia, że słyszy się myśli innych. Dla nas jest to nie do zrozumienia i zaakceptowania – kto chciałby, aby jego myśli i emocje były dostępne dla każdego? No właśnie, nikt. Jednak szum objął nie tylko ludzi, ale także… zwierzęta, przez co książka nabiera jakoby rumieńców. Również Manczi, pies Todda potrafi „mówić” i … jest chyba najlepszą „postacią” Na ostrzu noża. Po prostu podbił moje serce, był przeuroczy, pocieszny – zresztą jak każdy pies, ale… ta jego możliwość „mówienia” rozwaliła mnie. Ze złami w oczach się z nim rozstawałam, Ness pięknie ukazał bezwarunkową miłość i oddanie psa do swojego właściciela, zresztą kapitalnie oddał charakter wszystkich występujących w książce zwierząt. Momentami śmiałam się do rozpuku, a niekiedy, jak bohaterowie ze zdziwienia otwierałam usta. Jak wspomniałam bohaterowie są bardzo realistyczni, ich zachowanie nie jest ani wymuszone, ani sztuczne. Bije od nich naturalność, a chyba największa od Todda, który jest także narratorem tejże historii. Czasami wtrąca swoje komentarze, przez co staje się ona prawdziwsza, a to z kolei jest nie lada wyczynem. Nie wszystkim autorom udaje się sprawić, aby czytelnik uwierzył w spisaną przez nich fabułę. No i owe wtrącenia czasami wywołują na naszych twarzach uśmiech, a nawet wzruszenie. Jedyne do czego mogę się przyczepić to do fabuły, która mnie trochę nużyła, ale Manczi te trudne chwile zawsze mi osładzał.

Jeśli chodzi o styl Nessa, to jest on podobny do tego z Siedmiu minut…, czyli prosty – jak wspomniałam wcześniej – narratorem jest Todd, więc świat przedstawiony poznajemy oczami chłopca, który powoli zaczyna dojrzewać. Jedynym mankamentem jest słownictwo wymyślone przez autora, które niewyjaśnione nurtuje i nie pozwala w pełni cieszyć się czytaniem.

Na ostrzu noża nie mogę uznać za złą lekturę. Mimo tego, że mnie momentami nudziła, to okazała się kolejną niezapomnianą przygodą, którą będę długo wspominać. Na początku pomyślałam, że to fajna lektura nie tylko dla starszych, ale także i młodszych czytelników, ale gdy dotarłam do brutalniejszych scen to już nie byłam taka pewna, czy Na ostrzu noża nadaje się dla dzieci (powiedzmy poniżej 13-14 lat). Autor zostawił nas z wieloma pytaniami, ponieważ fabułę zatrzymał w kulminującym momencie. Gdy zobaczyłam napis „koniec” to dosłownie miałam w oczach mord. A znając wydawnictwo na kontynuację będę musiała sobie trochę poczekać…

~*~

Kiedy nie masz szczęścia, to go nie masz za cholerę. [1]

Czas płynie, nawet gdy tego nie śledzisz. [2]

- Drogi nigdy nie som najszybszym sposobem, żeby dokundś dojść. [3]

- Ale zawsze jest nadzieja […]. Zawsze trzeba mieć nadzieję. [4]

[…] tyle jest cudów na świecie. Nie pozwól, aby ktokolwiek ci wmawiał, że jest inaczej. [5]

[…] myślę sobie, że nadzieja może być tym, co cię pcha do przodu, może być tym, co pozwala ci wytrwać, ale że jest też niebezpieczna, że jest bolesna i ryzykowna, że to jak rzucenie wyzwania światu, a czy świat kiedykolwiek pozwala nam wygrać? [6]

~*~

W trylogii Ruchomy Chaos ukazały się:
Na ostrzu noża // ? // ?

~*~

Za możliwość lektury dziękuję ślicznie wydawnictwu Papierowy Księżyc

___
[1] Patrick Ness, Na ostrzu noża, Słupsk 2014, s. 102.
[2] Tamże, s. 147.
[3] Tamże, s. 161.
[4] Tamże, s. 401.
[5] Tamże, s. 445.
[6] Tamże, s. 453.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...