13 stycznia 2016

MARKOWSKA Renata - "Do trzech razy sztuka"

Renata Markowska
Do trzech razy sztuka

Novae Res 2015
s. 299
978-83-8083-008-0
Cena: 32,00 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu 2015 (+ 2 cm)
+ 52 książki 2015

Ocena: 2/10

~*~

Co może się stać, gdy zamyśloną marzycielkę uratuje przystojny chłopak?

Dodajmy, że ta marzycielka pochodzi z zamożnej rodziny i ma wszystko –
oprócz miłości… a jej przystojny wybawiciel to troskliwy syn opiekujący się schorowaną matką, którego największym, bo jedynym bogactwem jest kochająca się rodzina?

„Do trzech razy sztuka” to pełna nadziei i radości opowieść o tym, że droga do szczęścia nie jest prosta, a w życiu najważniejsza jest miłość, przed którą nie da się uciec i o której nie da się zapomnieć…


~*~

Do trzech razy sztuka to historia o nastoletniej miłości oraz trudnych relacjach z najbliższymi. Autorka poruszyła w niej wiele aspektów, także status materialny, do którego dużą uwagę przykłada rodzina głównej bohaterki, Marii. Aż do czasu… Wszystko byłoby okay, gdyby autorka dobrze to opisała...

W sumie nie wiem od czego mam zacząć, bo książka ma naprawdę wiele wad. Może rozpocznę od najbanalniejszej rzeczy, czyli okładki – co tu ukrywać, przy wybieraniu lektur kieruję się (pewnie Wy także) nie tylko opisem danego tytułu, ale również i szatą graficzną. Okładka przyciągająca wzrok to połowa sukcesu, a często staje się jakoby impulsem kupna danego tytułu – nawet wtedy, kiedy opis nie do końca do nas trafia. W tym przypadku i opis, i szata zwiastowały na naprawdę fajną, lekką, młodzieżową lekturę, przy której moje serce zabije mocniej. Lecz kilka pierwszych zdań pozbawiło mnie złudzeń. Język momentami woła o pomstę do nieba, tak jak przedstawione wydarzenia i kreacja bohaterów. Przemyślenia Marii są… po prostu śmieszne, żeby nie powiedzieć żenujące.

Jako rasowy kot z gracją załatwia się na piasku. [1]

Nigdy nie miałam kota i nie wiem jak koty załatwiają swoje potrzeby, ale trudno mi sobie wyobrazić „style” w jakich zwierzaki robią np. siusiu. Możecie sobie tylko wyobrazić minę, gdy trafiłam na to zdanie – pewnie była bezcenna (jak w reklamach kart Master Card).

Siedziały na ławeczce […] jesienne słoneczko […] chmurki. [2]

Pewnie zastanawiacie się, co łączy te wyrazy? Już spieszę z odpowiedzią: zdrobnienia. Bardzo rzadko trafiam na tego typu zjawiska, a jeśli już to są one użyte w sytuacjach, gdzie pojawiają się dzieci, ale pierwszy raz spotykam się z tym w książce dla młodzieży. Zazwyczaj stosuje się je m. in., kiedy opisujemy jakąś rzecz bądź po prostu chce się podkreślić ciepły stosunek do np. do bliskiej nam osoby. Poczułam się jak przedszkolak, który czyta książką dla dzieci. W tym przypadku nie mam pojęcia po co autorka zastosowała je - „ławeczkę” jeszcze zrozumiem, bo może w ten sposób p. Renata chciała podkreślić jej wielkość, to słoneczko i chmurki już nie bardzo (no dobra chmurki także, ale słońce to słońce. Kropka).

Ptaki kwiliły, jedne w poszukiwaniu pożywienia, a inne po prostu śpiewały i swoim rozbrajającym głosem umilały Marii czas. [3]

Nigdy nie spotkałam się ze stwierdzeniem, że ptaki kwilą… Jak widzę słowo „kwili”, to od razu staje mi przed oczami obraz niemowlęcia, któremu coś dolega. A poza tym czy ptaki mogą mieć rozbrajający głos? Bo ja jakoś… tego nie czuję.

[…] St. Witkiewicza czy J. Matejkę. [4]

Ładnej (moim zdaniem) wyglądałoby rozwinięcie inicjałów tych wielkich artystów bądź zostawienie samych nazwisk. Ogarnięty czytelnik na pewno będzie kojarzył Witkiewicza i Matejkę.

Matka ucałowała ją tylko w policzek na pożegnanie i powiedziała, że zadzwoni. Krystyna (matka bohaterki – przyp. Dzosefinn) nie odezwała się ani słowem, stała w drzwiach i patrzyła, jak córka odjeżdża w strugach deszczu. [5]

To jak to w końcu z tą matką było? Niedoprecyzowanie = chaos = tragedia.

Słońce smażyło wszystkich przebywających na plaży na rumiane kotlety. [6]

Gratuluję autorce wyobraźni. Ja bym nie wpadła na takie porównanie. Może nie chciała używać popularnej „patelni” dlatego wyskoczyła z kotletami? Jeszcze mogły być ewentualnie „skwarki”. W sumie co za różnica, nie? Przy niektórych zwrotach po prostu opadały mi ręce, a przy innych pojawiały się znaki zapytania – „co?”.

Kolejną rzeczą są wydarzenia i fakty, które czasami wyskakują jak Filip z konopi – to także nadwyrężyło moją cierpliwość do tego tytułu. Ale to niestety nie wszystko… Zdziwiła mnie scena z wątkiem szpitala. Nie przesiedziałam w szpitalach całego życia, ale jednak trochę się o niego otarłam i nie miałam sytuacji, kiedy to lekarz nie poinformował mnie o stanie mojego zdrowia, czy przypuszczeniach „co może mi dolegać”. A może trafiałam na w miarę ogarniętych specjalistów?

Różne bywają relacje w domu, czasami lepszy kontakt ma się z mamą, a niekiedy z tatą. Zazwyczaj, kiedy mamy jakiś problem sercowy, czy natury kobiecej to często kierujemy się raczej do mamy. Bo to w końcu mama – co by nie było kobieta, która powinna zrozumieć nasze rozterki. Do taty idziemy, gdy stykamy się z problemami bardziej technicznymi – rzadko porusza się przy nich tematy - jakby to określić – intymne (oczywiście chodzi mi tu o punkt widzenia dziewczyny, bo chłopaki to raczej zwierzają się ojcom, chociaż wydaje mi się, że równie często zwracają się także do mam). Tutaj Maria, miała trudne relacje z matką, dlatego swoje sprawy kierowała do taty. W tym także sercowe. Ja nigdy bym nie zwierzyła się mojemu tacie ze swoich uczuć odnośnie jakiegoś faceta. Nie przeszkadzała mi ta sytuacja, ale sposób jej przedstawienia. Dywagacje bohaterki odnoście tego tematu były na poziomie podstawówki, a nie liceum. Zresztą ogólnie nie podobało mi się przedstawienie przemyśleń bohaterów – to znaczy sposób ujęcia ich w historii (a raczej ich brak) – autorka potraktowała je jako dialogi, co naprawdę utrudniało lekturę.

Bohaterowie oraz większość akcji (jeśli nie cała fabuła) była bardzo sztuczna. Nie uwierzyłam w ani jedno słowo autorki, a dialogi… przeciętne, suche, bez polotu, czasami też ładu i składu.

- Zawsze zastanawiałem się kto mieszka w tak niezwykłym domu. Wyobrażałem sobie, że to zamek i zamieszkuje w nim piękna księżniczka. – Uśmiechnął się. – I nie myliłem się… [7]

Pierwsze co pomyślałam to „co za bajer, która normalna dziewczyna by w to uwierzyła”. Jeszcze jakby to był żart, ale bohater… on tak na serio. A Maria uwierzyła. Serio.

I przechodzę chyba do najgorszego fragmentu tej książki. Oszczędzę Was i nie przytoczę tego w całości, ale te kilka zdań będziecie musieli przeżyć. Chodzi mi tu o scenę seksu. Autorka pokazała nam… jak NIE opisywać scen zbliżeń. Zazwyczaj nie mam z nimi problemu, ale muszą być one napisane ze smakiem. Po prostu trzeba je ująć tak, aby nie wywoływały wymiotów, nie wzbudzały politowania, ani tym bardziej żenującego śmiechu. Ja nie wiedziałam, czy mam się śmiać czy płakać. Chyba było to najgorsze, co mnie mogło w tej historii spotkać…

Patrzył na jej nagie szczupłe ciało i rozpierała go pożądliwość. [8]

???

Jego ręka powędrowała w dół i znalazł ujście. [9]

????

[…] Marię aż podniosło do góry z podniecenia. [10]

Dałam ten fragment mojej przyjaciółce do przeczytania i stwierdziła, że już w Harlequinach (Desire) sceny seksu są bardziej dopracowane i porywające. Pozwólcie, że ja tego nie skomentuję.

Momentami po prostu nie mogłam tego czytać, lecz pocieszałam się tym, że im szybciej ją skończę, tym lepiej dla mnie. Przykro mi to wszystko pisać, ale taka jest prawda – Do trzech razy sztuka to porażka 2015 roku. Była to dla mnie mordęga, a czytanie jej wywoływało we mnie mnóstwo różnych reakcji: śmiech, irytację, złośliwość, a przede wszystkim czarną rozpacz. Może pomysł i był, ale wykonanie fatalne. W sumie nie oczekiwałam od książki wiele – tylko tego, by była przyjemna, napisana jakimś sensem i lekka. I nawet tego nie spełniła…

Podsumowując: Do trzech razy sztuka to porażka. Nie tylko językowa, ale także kreacji bohaterów. Jak otoczenie można przetrawić, to reszty już niekoniecznie. Tak naprawdę nic w niej dobrego nie było, oprócz pomysłu autorki. Czasami same chęci to za mało, przydałaby się szczypta tego „czegoś” co przyciąga czytelników do książki, jak pszczoły do miodu. Tu tego zabrakło.

~*~

Za możliwość recenzji dziękuję ślicznie wydawnictwu Novae Res

___
[1] Renata Markowska, Do trzech razy sztuka, Gdynia 2015, s. 23.
[2] Tamże, s. 79-80.
[3] Tamże, s. 83.
[4] Tamże, s. 211.
[5] Tamże, s. 212.
[6] Tamże, s. 23.
[7] Tamże, s. 32.
[8] Tamże, s. 169.
[9] Tamże.
[10] Tamże.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każde słowo się liczy. Dziękuję :).

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Snow-Falling-Effect