25 marca 2015

EGAN Carolyn - "Teraz i zawsze"


Carolyn Egan
Teraz i zawsze

Znak 2013
s. 239
978-83-240-2105-5
Cena: 29,90 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 1,5 cm)
+ 52 książki
+ Z półki

Ocena: 6/10

~*~

Miłość, której nic nie pokona.

Dla Mai najważniejsza jest rodzina. Nie wyobraża sobie życia bez męża i synka, ale wie, że wkrótce przegra walkę z chorobą i będzie musiała odejść. Jednak jeszcze nie teraz. Przecież potrzebuje czasu na to, by ich przygotować.

Kocha tak bardzo, że udaje jej się powrócić i pomóc najbliższym ułożyć życie na nowo. Zrobi wszystko, by Steven znów mógł się zakochać, a Josh miał prawdziwą, pełną rodzinę. W tej misji pomaga jej Barney – niezwykły pies, który czasami wydaje się rozumieć uczucia ludzi lepiej niż oni sami.

Książka Carolyn Egan to piękna, wzruszająca opowieść o tym, że ci, którzy kochają, nigdy nie odchodzą na zawsze. Bo czasami wystarczy odrobina miłości i promyk nadziei, żeby na nowo dostrzec szczęście.

~*~

Śmierć nie jest łatwym tematem, lecz autorzy bardzo często opierają swoje historie właśnie na niej. Jedni doprowadzają nas do łez, a inni niestety nie. Jak zatem poradziła sobie z nią Carolyn Egan?

Teraz i zawsze to opowieść na granicy życia i śmierci. Główna bohaterka Maia umiera. Rak, który zaatakował jej organizm powoli wygrywa tę nierówną walkę, nie dając kobiecie czasu ani na przygotowanie rodziny do życia bez niej, ani na pożegnanie się. W niezrozumiały dla kobiety i czytelnika sposób bohaterka powraca, by móc spełnić swoje ostatnie życzenia. Czy wystarczy jej na to czasu?

Ostatnio bardzo często trafiałam na książki, które w większym lub mniejszym stopniu dotyczyły śmierci. Pani Egan w trochę niezrozumiały (na początku) sposób przywraca do życia Maię, lecz nie jestem do końca przekonana, czy ów zabieg był trafiony. Skojarzył mi się on poniekąd z horrorem, kiedy to demon (lub inna siła wyższa) wstępuje do Bogu ducha winnego człowieka w celu wykorzystania jego cielesnej powłoki do realizowania własnych (często niecnych) czynów. Maia, jakoby staje się takim „pasożytem”, lecz w przeciwieństwie do przytoczonego wcześniej przykładu wie, że nie może siedzieć w tym ciele na zawsze i wkrótce będzie musiała je opuścić. Oczami bohaterki poznajemy tę historię: najpierw jej oczami, a następnie oczami „wypożyczonego” ciała. Jest świadkiem nie tylko swojego pogrzebu, ale także uczestniczy w życiu swojej rodziny po jej odejściu. Bohaterce pomaga biały labrador, który przełamuje wszelkie stojące na drodze bariery…

Teraz i zawsze zalicza się do tego typu książek, które mają wzruszać, poruszać, dawać nadzieję oraz skłaniać do refleksji. Jeśli chodzi o ostatni element to spełnia go w stu procentach, trochę słabiej w moim odczuciu wypadły pozostałe zadania. Lektura jej nie wywołała we mnie takich emocji, na jakie byłam przygotowana przez co poczułam się trochę rozczarowana (podobnie było z Jeśli zostanę Gayle Forman). Historia zdecydowanie ma potencjał, ale nie do końca, moim zdaniem, autorka go wykorzystała). Zabrakło mi odrobiny więcej emocji, a szczególnie w momencie, kiedy pierwszy raz bohaterka odchodziła (drugie było dosłownie wycięte jakby z jakiegoś filmu). W naprawdę jasny, przejrzysty i prosty sposób Egan pokazała rzeczywistość po stracie bliskiej osoby, która nie jednej rodzinie mogłaby w pewien sposób pomóc. Większość ludzi chce wierzyć w to, że dusza człowieka nie odchodzi, lecz opiekuje się i czuwa nad tymi, którzy zostali. Trudno rozstawać się z bliskimi, szczególnie, gdy widzimy, że dla jednego powoli kończy się czas. Teraz i zawsze właśnie ukazuje odchodzenie i godzenie się z rzeczywistością.

Fabuła nie jest dynamiczna, lecz ma swój klimat, szczególnie dzięki niezbyt długim opisom (sama książka nie jest długa, autorka zachowała równowagę pomiędzy dialogami, a opisami). Na początku historii zdecydowanie można się w niej pogubić, lecz później spokojnie pani Egan wyjaśnia swój plan. Bohaterowie są zwykłymi ludźmi, którzy po prostu zmagają się z trudnościami dnia codziennego. Żaden z nich nie wybija się z tłumu: ani pod względem charakteru, ani ubioru. To takie postacie, które mijamy codziennie w drodze do pracy, szkoły czy domu.

Zdecydowanie Teraz i zawsze jest przyjemną lekturą, przy której można miło spędzić weekend. Autorka starała się w niej pokazać nam jaką trudność sprawia rozstawanie się, nie ważne czy z bliskimi, czy też ulubioną przez nas rzeczą. Ponadto w Teraz u zawsze ukazała, że trzeba nauczyć się akceptować to, co niesie ze sobą życie oraz powoli iść w dalszą drogę.

~*~

Nie można się przygotować na wszystko. [1]

Wołałaby, by ich życie wyglądało inaczej, ale nie zawsze ma się na nie wpływ. [2]

Ludzie kryją w sobie wiele tajemnic. [3]

___
[1] EGAN C.: Teraz i zawsze. Kraków: Znak 2013, s. 13.
[2] Tamże, s. 110.
[3] Tamże, s. 157.

19 marca 2015

DZIUMA Magdalena - "Na przekór przeznaczeniu"

!!! RECENZJA PRZEDPREMIEROWA !!!

Magdalena Dziuma
Na przekór przeznaczeniu

Novae Res 2015
s. 211
978-83-7942-685-0
Cena: 29,00 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 1,1 cm)
+ 52 książki

Ocena: 3/10

~*~

     Podczas wymarzonej podróży do miasta zakochanych Laura i Dominik są najszczęśliwszą parą na świecie. Każda ich chwila pełna jest uniesień i wzajemnego zachwytu. Spacerując po paryskich uliczkach, planują wspólną przyszłość, która maluje sie wyłącznie w jasnych barwach. Nie wyobrażają sobie, że może być inaczej. Nawet nie przypuszczają, co szykuje dla nich bezduszny, ślepy los.

     Słoneczny dzień, magiczna aura Paryża, tłumy turystów… Moment nieuwagi na zawsze zmienia życiowe ścieżki dwojga bohaterów...

     Niezwykła, poruszająca opowieść o sile uczucia, które potrafi pokonać wszystkie przeciwności, na przekór przeznaczeniu…

~*~

     Codziennie na świecie ginie w tajemniczych okolicznościach kilka tysięcy ludzi. Wystarczy chwila, moment nieuwagi, by niekiedy na zawsze stracić z oczu ukochaną osobę. Wówczas życie najbliższych zmienia się na zawsze, z utęsknieniem i nadzieją wypatrują znajomej sylwetki na ulicy, czy też przez okno. Czasami zaginieni odnajdują się po kilku dniach, miesiącach, latach, a niekiedy w ogóle. W przeciągu ułamku sekundy rozpada się dotychczas poukładany świat, a bliscy marzą tylko o tym, by otrzymać jakąkolwiek informację o zaginionej i jednocześnie ukochanej osobie. W identycznej sytuacji znalazło się dwoje młodych ludzi: Dominik oraz Laura, bohaterowie Na przekór przeznaczeniu.

     To miały być ich wspólne, niezapomniane wakacje. Niestety wystarczyła chwila, by świat tych dwojga rozsypał się na kilkanaście długich lat. I dla Laury, i dla Dominika był to niezwykle długi, przepełniony samotnością oraz oczekiwaniem na cud czas. A gdy ów cud się spełnił, po raz drugi ich dotychczas poukładane życie legło w gruzach. Czy można powiedzieć, że udało im się oszukać przeznaczenie? Poniekąd tak, ale los jeszcze nie rzucił ostatniej karty…

     Na przekór przeznaczeniu zapowiadało się na naprawdę emocjonalną huśtawkę nastrojów, lecz zamiast niej otrzymałam dosyć słabo jakościowo historię o tym, jak to bohaterce jest źle oraz że nie potrafi się odnaleźć w „nowej” rzeczywistości. Na początku Laura była radosną i szczęśliwą dziewczyną, natomiast po „rozstaniu” przemieniła się w jakąś bezmyślną sierotę, której myśli obracały się wokół jej uczuć oraz oczywiście Dominika. Zamiast ruszyć i działać ona zaczęła jakby wegetować… I to głównie wpłynęło na mój negatywny stosunek do tej postaci. Nigdy nie znalazłam się w sytuacji jak Laura (i mam nadzieję, że los mi to oszczędzi), nie potrafię sobie wyobrazić tego, jak może się czuć taka osoba i co się dzieje w jej głowie oraz nie wiem, co bym zrobiła na jej miejscu. Wydaje mi się jednak, że w przeciwieństwie do bohaterki zaczęłabym robić wszystko, by odnaleźć ukochaną osobę. Po prostu kuć żelazo, póki gorące. Ona tego nie zrobiła, przez co skazała i siebie, i Dominika na taką, a nie inną egzystencję. Jak wspomniałam wcześniej mogę się tylko domyślać co mogą czuć bliscy zaginionego, lecz zachowania Laury nie mogłam zaakceptować i zrozumieć. Zamiast współczuć czułam do niej litość, irytację, a w końcu obojętność.

     Niestety Na przekór przeznaczeniu okazała się słabą lekturą. Kuleje i język, i w wielu momentach fabuła. Autorka zamiast pomóc zrozumieć czytelnikowi toczącą się w danej chwili akcję, to ją jeszcze bardziej komplikowała. Pierwszym elementem wprowadzającym chaos są daty rozstrzelone w cały świat. Musiałam kilkakrotnie powracać do początku ustępu, by wiedzieć, kiedy ma miejsce dana sytuacja. Poza tym w niektórych przypadkach były pomylone daty (rozumiem, że otrzymałam egzemplarz przed korektą i mogą znaleźć tam jakieś błędy, ale akurat daty to autorka powinna przypilnować), które utrudniały lekturę.

     Kolejną rzeczą, która raziła mnie w oczy to niezdecydowanie autorki oraz jej kombinacje językowe:

     Ola była tak ciepła jak ja i Karolina. Stanowiła nasze przeciwieństwo […]. Pomimo młodego wieku była już rozwódką z małym dzieckiem.
     Nie mówiła wiele o swoim byłym mężu. Jednak pewnego styczniowego wieczoru, gdy we trzy siedziałyśmy w pubie studenckim „Żak”, […] Karolina po raz pierwszy przemówiła tak dobitnie na temat swojego ekspartnera.
    […] – W gruncie rzeczy, z jednej strony, i tak jesteście w lepszym położeniu niż ja […] nie macie dzieci, nigdy nie miałyście męża. [1]

To w końcu która z dziewczyn jest tą rozwódką z dzieckiem: Ola, czy Karolina? Na podstawie tego fragmentu trudno to stwierdzić, jednakże (musicie mim wierzyć na słowo) w dalszej części to jednak Karolina jest tą młodą mamą.

Włosy mają rudy odcień jasnego blond. [2]

To znaczy jaki? Bo niestety nie rozumiem, a raczej nie potrafię sobie tego koloru wyobrazić (mimo, że jestem artystką-plastykiem nie umiem określić co to za kolor. Chyba marna ze mnie „artystka”).

     Usłyszałam jednak od mamy ciche: „Proszę, nie płacz, nie traćmy nadziei”. Oznacza to, że mama Dominika zaczynała się coraz mocniej załamywać. Wywnioskowałam, że wzięła urlop i nie chodzi do pracy, podobnie jak jej mąż. [3]

Mam pytanie, bo znowu chyba nie rozumiem: na podstawie czego bohaterka wywnioskowała to stwierdzenie? Po płaczu matki Dominika? Ponadto w książce autorka zawarła komunikat radiowy o zaginięciu, w którym oprócz istotnych faktów pojawiły się także mniej istotne informacje:

[…] pod wpływem szoku wróciła do Polski planowanym samolotem. [5]

Czy ta informacja o powrocie Laury jest niezbędna, by odnaleźć zaginionego? Wydaje mi się, że nie, więc w jakim celu pojawiło się to stwierdzenie? By wytłumaczyć bohaterkę dlaczego nic nie zrobiła, kiedy była jeszcze w Paryżu? Dla mnie to trochę słabe.

     Inną zmorą tej książki okazały się także liczne powtórzenia:

     Poza tym American Hospital of Paris słynął z tego, że dawał pewne zatrudnienie praktykantom, którzy dawali z siebie wszystko i byli uzdolnieni. [5]

     Jak wspomniałam, styl mocno kuleje, lecz nie przeszkodziło to w stawieniu w tekst różnych „mądrych” słów m.in. konstatacji. Zastanawia mnie jeszcze jeden fakt: skąd ludzie wiedzą kto ile waży, ile przytył, schudł i jaki jest wysoki? Czy takie osoby mają miarki i wagi w oczach, czy co? Nie wiem, jednak bohaterka Na przekór przeznaczeniu także zalicza się do tej grupy osób.

     Niestety mało znalazłam w niej pozytywnych elementów. Plusem jest to, że autorka wyjaśniła nam skrót n.n.: nie każdy jest wszystkowiedzący i wie co ono oznacza. Zdarzyło jej się też stworzyć kilka naprawdę ciekawych stwierdzeń, które trafią do mojego magicznego zeszytu z cytatami (i pod niniejszą recenzją). Bardzo ładnie wyglądają również kartki książki, które ozdobiono przeźroczystą grafiką wieży Eiffel’a. Zdecydowanie podnoszą one estetykę wydania.

     Ogólnie mówiąc Na przekór przeznaczeniu okazało się dla mnie pomyłką. Fabuła jest nieprzemyślana, w niektórych momentach chaotyczna, multum powtórzeń i błędów, które chyba nie uda się ujarzmić korektorowi oraz bohaterka po prostu nie do przetrawienia. Raz po raz zastanawiałam się kiedy ta męczarnia dobiegnie końca. Można powiedzieć, że przeżyłam swoiste rozczarowanie, bo spodziewałam się zdecydowanie czegoś lepszego i „mocnego”. Tym razem intuicja mnie zawiodła.

~*~

     Ludzkie życie to nieprzerwany ciąg nieoczekiwanych zdarzeń. […] Jesteśmy tylko tu i teraz. [6]

     Tak naprawdę […] jesteśmy zupełnie sami. Zdani tylko na siebie – w kłopocie i radości, uśmiechu i złości. Jesteśmy sami z naszymi uczuciami, które – ewoluując – kształcą nasze ego tu i teraz. [7]

     Czasami nasi najbliżsi są bardziej zagubieni od nas. Szukają własnej drogi, rozwiązania, próbując nam pomóc, a w rzeczywistości wygląda to znacznie gorzej – nie potrafią nic zrobić. [8]

     […] dopóki oddychasz, twoje życie jest w twoich rękach. [9]

     Na tym globie jesteśmy tylko aktorami na scenie – na którą ktoś kiedyś spuści kurtynę, by zaprowadzić nasze dusze na wieczny bal. [10]

~*~

Za możliwość lektury, dziękuję ślicznie wydawnictwu Novae Res

___
[1] DZIUMA M.: Na przekór przeznaczeniu. Gdynia: Novae Res 2015, s. 117-118.
[2] Tamże, s. 165.
[3] Tamże, s. 71.
[4] Tamże, s. 57.
[5] Tamże, s. 87.
[6] Tamże, s. 12.
[7] Tamże, s. 18.
[8] Tamże, s. 42.
[9] Tamże, s. 46.
[10] Tamże, s. 206.

15 marca 2015

SPARKS Nicholas - "Jesienna miłość"

źródło: Albatros
Nicholas Sparks
Jesienna miłość
(A walk to remember)

tł. Andrzej Szulc

Albatros 2013
s. 224
978-83-7885-782-2
Cena: 28,00 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 1,5 cm)
+ 52 książki
+ Wyzwanie książkowe na 2015 rok

Ocena: 6/10

~*~

     Jest rok 1958. Beztroski siedemnastolatek, Landon Carter, rozpoczyna naukę w ostatniej klasie szkoły średniej. Jego ojciec kongresman pragnie, by syn zrobił karierę - tymczasem Landon, podobnie, jak reszta klasy, nie zaczął jeszcze zastanawiać się, co zrobić z dorosłym życiem. Jedynie Jamie Sullivan, cicha, spokojna dziewczyna opiekująca się owdowiałym ojcem, pastorem, jest inna. Nie rozstaje się z Biblią, nie chodzi na prywatki, a dzień bez dobrego uczynku uważa za stracony. Czy możliwe jest, aby losy tych dwojga tak różnych młodych ludzi mogły połączyć się na zawsze?

~*~

     Chyba nie ma osoby, która nie słyszałaby o Nicholasie Sparksie, a jeśli nie o nim to z pewnością o takich filmach jak „Pamiętnik”, „Ostatnia piosenka” czy też „Szkoła uczuć”. Są to ekranizacje jego książek, nie wszystkie, lecz na razie te udało mi się obejrzeć i w nich zakochać. Swoją przygodę z (poniekąd) jego twórczością zaczęłam nieświadomie od filmów, lecz nigdy nie wykluczałam, że w przyszłości nie sięgnę po ich wersję papierową. Mój wybór padł ostatecznie na Jesienną miłość, czyli filmową „Szkolę uczuć”.

     Zazwyczaj staram się (jeśli powstał film na podstawie jakiejś książki) zaczynać od lektury, lecz wiadomo jak przewrotne potrafi być życie. Jak wspomniałam wcześniej w przypadku tej historii na pierwszy ogień poszła (nieświadomie) ekranizacja, którą obejrzałam bardzo dawno temu. Z kolei za czytanie wersji papierowej zabrałam się ładnych kilka lat później. Po prostu nie ciągnęło mnie mocno do tej książki (w końcu znałam fabułę). Dopiero niedawno postanowiłam dać szansę Jesiennej miłości. Czy wzruszyła mnie ona tak mocno, jak swego czasu film?

     Jesienna miłość to historia o dorastaniu, dojrzewaniu oraz o odchodzeniu. Jest to w głównej mierze książka o nastolatkach żyjących pod koniec lat 50. XX w. To, co różni ją od innych tego typu historii to styl, jakim posługuje się Sparks oraz poruszonymi przez niego problemami. Zazwyczaj autorzy (i autorki) „młodzieżówek” opierają swoje opowieści głównie na rozterkach sercowych nastolatków, a autor Jesiennej miłości nadał jej niejaką głębię, która porusza i jednocześnie plasuje ją wśród wartościowszych pod tym względem książek.

     Historię tytułowej miłości opowiada nam mężczyzna w średnim wieku, Landon, który wspomnieniami powraca do swoich czasów młodości. Był zbuntowanym nastolatkiem korzystającym z życia i nie przejmował się konsekwencjami swoich poczynań. Po prostu żył chwilą. Wszystko zaczęło się zmieniać od momentu, kiedy musiał wybrać przedmiot na jaki będzie uczęszczać w ostatnim roku nauki. Pod wpływem tzw. „siły wyższej” zacznie w końcu dostrzegać to, co wcześniej ignorował bądź też nie zauważał. A wszystko to przez Jamie, dziewczynę, która zupełnie inaczej niż rówieśnicy odbierała życie, co niestety stawiało ją na marginesie szkolnej społeczności. Jej wewnętrzne ciepło, współczucie oraz cierpliwość otworzą zamknięte do tej pory serce Landona i na zawsze odmieni jego życie. Ich historia mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej, gdyby nie mroczny sekret skrywający się za delikatnym uśmiechem Jamie.

     Lektura książki nie była dla mnie odkrywcza z tego względu, że dzięki filmowi znałam fabułę Jesiennej miłości oraz wiedziałam, jak skończy się owa opowieść. Oczywiście adaptacja odbiega od treści, ale nie na tyle, aby być zaskocznym. To, co zwróciło moją uwagę w trakcie czytania to styl Sparksa. Przez historię po prostu się płynie, tak naprawdę to trudno mi opisać go w słowach… jest on poniekąd sensualny. W sposób prosty pisze o trudnych rzeczach i dosłownie obdziera czytelnika ze złudzeń „iż będzie lepiej”. Od początku przygotowuje nas, czytelników, na melancholijne zakończenie i świadomie wciąga nas głębiej w fabułę. Po zakończeniu oczekiwałam, że podobnie jak w przypadku filmu W zaleje mnie fala wzruszenia, lecz niestety się ono nie pojawiło. Może gdybym podeszła do książki bez znajomości filmu to inaczej bym ją odebrała, lecz teraz zostaje mi tylko gdybanie. Tak naprawdę trudno mi ocenić Jesienną miłość.

     Jeśli mam być szczera to myśli młodego Landona mnie trochę zaskoczyły, szczególnie na początku książki. Postawa jego niezwykle mnie denerwowała, a nie przypominam sobie, aby w filmie był aż tak (momentami) grubiański. Jednak poznając go stopniowo: jego emocje i sytuację z jaką musiał się zmagać zaczęłam zmieniać do niego nastawienie, a nawet mu współczuć. Z kolei Jamie to chodząca tajemnica, która nikogo do siebie nie dopuszcza. Poprzez odmienne podejście do ludzi i świata stała się tematem żartów i drwin. Na jej szczęście większości nie rozumiała, a te które dostrzegała przyjmowała z uśmiechem na twarzy. Wbrew pozorom Landona i Jamie łączy naprawdę wiele, chociażby pojawiające się na ich drodze przeszkody oraz chęć ich przezwyciężania. Stanowią oni dość specyficzny duet, niestety w moim odczuciu nie są oni zapadającymi na długo w pamięć postaciami, lecz z pewnością otwierają oczy na otaczający nas świat.

       Sparks wykreował naprawdę wzruszającą i ponadczasową historię, w której zachęca nas do refleksji nad swoim życiem. Obok wątku miłosnego oraz śmierci pojawia się dosyć często słowo „przeznaczenie”. Jamie wychodziła z założenia, że wszystko jest już zapisane i zaplanowane oraz nie ma przed tym ucieczki: musimy je po prostu zaakceptować. Wydaje mi się, że książka ma dwa oblicza: z jednej strony to naiwna opowiastka wyciskająca zły, a z drugiej głęboka historia, momentami (delikatnie) przerysowana. Trudno mi jednoznacznie stwierdzić, co było lepsze: książka czy film, może po ponownym obejrzeniu ekranizacji uda mi się odpowiedzieć na to pytanie. Naprawdę trudno było mi ocenić tę książkę, ostatecznie jest ona dosyć surowa przez wcześniej opisane względy, lecz proponowałabym przeczytać opinie innych czytelników, którzy zanim sięgnęli po film przeczytali książkę. 

11 marca 2015

KIJORA Agata - "Zmienni"

!!! RECENZJA PRZEDPREMIEROWA !!!

Agata Kijora
Zmienni

Novae Res 2015
s. 307
978-83-7942-638-6
Cena: 33,00 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 1,9 cm)
+ 52 książki

Ocena: 10/10

~*~

Lilith jest jedynaczką mieszkającą w domu z ogródkiem na obrzeżach niewielkiego miasteczka. Kiedy jej rodzice przygotowują się do obchodów rocznicy ślubu, dziewczyna we własnym pokoju odkrywa potworny bałagan świadczący niechybnie o włamaniu. Woła matkę, która na widok zniszczeń blednie z przerażenia i każe jej biec do pracy po ojca. Idąc przez dziwnie wyludnione ulice, Lilith dowiaduje się od matki, że ma wracać, bo ojciec dotarł już do domu – chce to zrobić, jednak zostaje zaatakowana przez nieznanego jej potwora. Ranna pada na chodnik, a z opałów ratuje ją niezwykle przystojny mężczyzna.

Kim jest tajemniczy wybawca? Przed czym lub przed kim ją chroni? Skąd przybywa? I po co?

Fantastyka, tajemnicza misja, długa i niebezpieczna wędrówka oraz stawianie czoła śmiertelnym zagrożeniom. A wszystko to na tle krajobrazów piękniejszej od świata ludzi krainy Sudicante.

~*~

Zasiadając do pisania recenzji Zmiennych Agaty Kijory miałam (i nadal mam) pustkę w głowie. Stali czytelnicy mojego bloga dobrze wiedzą, że każdy tekst staram się przyprawić jakimś życiowym ustępem, który można znaleźć w danej pozycji. Ostatnio na tapecie była rola marki w życiu człowieka, niestety w przypadku tej książki, i do tego fantastyki, naprawdę trudno mi było znaleźć tzw. punkt zaczepienia. A tym bardziej, że stykamy się z tak niesamowicie napisaną historią, że trudno ją opisać słowami.

Zmiennych Agaty Kijory można porównać do animagów z Harry’ego Pottera. Stanowią oni jedną z kast w Sudicante, którzy egzystują obok królestwa elfów, wilkołaków i magów. Życie w tej przepięknej, magicznej i niezwykle soczystej (pod względem kolorów) krainie zakłóca Parys, zły czarnoksiężnik, który przy pomocy goblinów szuka tej, która może mu pomóc opanować całe Sudicante. Ona jednak, nieświadoma istnienia innego świata niż ludzkiego żyje jako zwyczajna nastolatka z rodzicami w ładnym, jednorodzinnym domku z ogródkiem. Jej świat zaczyna się zmieniać od momentu tajemniczego włamania, które zapoczątkuje lawinę niecodziennych i przyprawionych magią zdarzeń. Od tej chwili będzie skazana na siebie i swoje umiejętności, jednak jak się okaże później nie wystarczą one w pokonaniu zła czającego się za rogiem… „Dziwnym” zbiegiem okoliczności na ratunek jej przychodzi ciemnowłosy mężczyzna i razem rozpoczynają niebezpieczną podróż, której celem okazuje się uwolnienie rodziców dziewczyny. Ale zanim to nastąpi Lilith będzie musiała poznać prawdę o sobie oraz o swoim pochodzeniu…

Po pierwsze: książkę wchłonęłam w dwa dni, po drugie: ponad 20 minut leżałam z nią przytuloną do serca, a po trzecie: jedynie na co mnie stać od przeczytania jej to wypowiadanie słów „o Jezu” i innych zwrotów na podobnym poziomie intelektualnym. Zmienni mnie oczarowali mimo tego, że opowieść ta zaczyna się jak 2/3 książek paranormal romance, to kończy się zupełnie inaczej, niż można byłoby przypuszczać. Zacznę od tego, że opowiedziana w niej historia jest w 100% przemyślana, autorka zadbała o każdy najdrobniejszy szczegół: nie ważne, czy dotyczy on toczącej się akcji, cechy bohatera, czy też jego ubioru. Postarała się o odpowiedni klimat i nastrój, ogólnie o stworzenie odpowiedniego tła do toczących się wydarzeń. Nie przeoczyła niczego, dosłownie niczego z wyjątkiem… uczuć czytelnika. Czytając Zmiennych czułam się jak na rollercoasterze, a pod koniec miałam wrażenie, że wypadłam z wagonika i leżę na ziemi roztrzaskana na milion kawałków, a co najgorsze nie było wokół nikogo, kto mógłby mnie poskładać do kupy. Dlatego leżałam ze szklankami w oczach i mocno bijącym sercem jakieś 20 minut dochodząc do siebie po zupełnie nie skończonej historii. Nie mogłam jednak pozwolić, by szalejące w sercu emocje całkowicie mnie opanowały. Patrząc na swój egzemplarz książki ze smutkiem powracam do jego zakończenia, lecz przed oczami staje mi także ta niezwykła podróż, w której mogłam z bohaterami uczestniczyć.

Akcja jest niezwykle dynamiczna, czytelnik nie ma prawa się przy niej nudzić. Autorka zadbała o to, abyśmy mogli domyślić się co będzie dalej, lecz nie za daleko, byśmy za mocno się nie uderzyli w mur, który specjalnie nam postawiła (niestety z wyjątkiem zakończenia, które mocno daje po pysku). Zdecydowanie nie jest to koniec (dzięki Bogu!) historii, ale dopiero początek, który będzie miał (oby jak najszybciej) ciąg dalszy.

Bohaterowie… <wzdycha> Są po prostu idealni. Nie znajdziemy tu (na szczęście!) przesłodzonego miłosnego trójkąta, a tym bardziej obrazka szaleńczo zakochanych w sobie nastolatków. Będziemy za to świadkami stopniowego budzenia się w nich emocji, jesteśmy także widzami toczącej się między nimi gry, w której każda następna runda sprawia, że na naszych twarzach pojawia się coraz szerszy uśmiech. Czytając dialogi głównych i jednocześnie tytułowych bohaterów, ów uśmiech nie schodził mi z twarzy (muszę przyznać, że od dawna nie uśmiechałam się do książki) i co chwilę żałowałam, że James (wybawiciel dziewczyny) nie istnieje naprawdę. Chciałabym zobaczyć jego uśmiech, to szmaragdowo-złote oczy i poczuć się tak, jak czuła się przy nim Lilith, kiedy potrzebowała jego pomocy (a myślałam, że miłość do bohatera książki nie jest możliwa…) <wzdycha>. Powracając jednak na ziemię, Lilith jest naprawdę sympatyczną i silną postacią, której daleko do słodkiej idiotki i ślicznej sierotki czekającej na księcia na białym koniu. To inteligentna, zabawna i konkretna dziewczyna, która nie boi się działać: kieruje się tym, co podpowiada jej serce.  I tym głównie zdobyła moją sympatię. Razem z Jamesem tworzą wyjątkową „(nie)parę”, przy której moje serce naprawdę biło szybciej. Do końca ich misji będę trzymała za nich kciuki (i za autorkę, by tego !@#$% nie popsuła ;)).

Zmienni mają wszystko, czego książka potrzebuje: kapitalnie zrealizowany pomysł, wiele zwrotów w akcji, zapadających w pamięć postacie, dużą dawkę humoru, przyjemny język oraz duszę autorki: najważniejszy składnik tej mieszanki. Dziękuję za możliwość poznania tego niesamowitego świata i gorąco gratuluję tak wybitnego debiutu! Z wielką niecierpliwością czekam na kolejną część!

~*~

Nie mieć pojęcia o stanie osób, które się kocha […] jest przerażającym uczuciem. [1]

Ludzie zbyt często skupiają się na ciele drugiego człowieka, zamiast na zwykłej miłości do siebie. [2]

~*~

W serii Zmienni ukazały się:
Zmienni // ?

~*~

Za możliwość lektury, dziękuję ślicznie wydawnictwu Novae Res


___
[1] KIJORA A.: Zmienni. Gdynia. Novae Res 2015, s. 172.
[2] Tamże, s. 255.

8 marca 2015

LEE Maureen -"Matka Pearl"

Maureen Lee
Matka Pearl
(Mother of Pearl)

tł. Ewa Morycińska-Dzius

Świat Książki 2012
s. 368
978-83-7799-182-4
Cena: 39,90 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+2,5 cm)
+ 52 książki
+ Z półki
+ Książkowe wyzwanie na rok 2015

Ocena: 7/10

~*~

    1939. Amy i Barney są piękni, zakochani i szczęśliwi. Gdy wybucha wojna, on zgłasza się na ochotnika do wojska. Kiedy wraca, wszystko w domu przybiera zły obrót. Barney umiera, Amy trafia do więzienia, a ich córeczkę Pearl otacza opieką rodzina.

     1971. Po dobyciu wieloletniej kary Amy wychodzi na wolność. Myliłby się jednak ten, kto szukałby w niej zgorzknienia czy złości: jest wciąż tą samą co niegdyś czarującą, ciepłą i prawą kobietą. Z utęsknieniem czekają na nią bliscy, wraz z dorosłą już Pearl, która nie zna prawdy o własnej przeszłości.

     Co  naprawdę wydarzyło się w ich rodzinie ćwierć wieku temu…?

~*~

     Nigdy nie uda nam się zrozumieć, jak wiele matka może poświęcić dla swojego dziecka dopóki samemu się nie zostanie rodzicem. Z czasów dzieciństwa pamięta się niewiele, lecz teraz, gdy doroślejszym wzrokiem popatrzymy na to, co robiły dla nas te jedne z najważniejszych kobiet w naszym życiu, ogarnia nas wzruszenie i ściska w gardle. Codziennie przygotowywały nam jedzenie, dbały o schludny i porządny ubiór, karciły, kiedy coś broiliśmy i chwaliły, gdy pierwszy raz coś nam wyszło. Ocierały łzy z naszych policzków, przytulały, kiedy było trzeba, czytały bajki na dobranoc oraz rozbudzały naszą ciekawość do otaczającego nas świata. Po prostu były i mogliśmy zawsze na nie liczyć. Często słyszy się na ulicy słowo „matka”, które bardzo rani moje duszy. Mam wrażenie, że osoba je używająca nie jest świadoma poświęcenia, jakie ta „matka” uczyniła względem nas: wychowując i opiekując się nami. Dla mnie zwrot ten wyraża brak szacunku do tej, która cię karmiła, ubierała i podcierała pupę, kiedy było trzeba.. „Mama”, brzmi zdecydowanie lepiej, cieplej, czulej…

     Pearl, jako prawie pięciolatka została w przeciągu jednego momentu sierotą: ojciec odszedł, a jej matka na wiele długich lat została zamknięta za więziennym murem. Czy to, co zrobiła, jak podawały gazety, zasługiwało na potępienie, czy raczej nie? Co tak naprawdę wydarzyło się tego tragicznego wieczoru w 1951 roku?

     Maureen Lee jest brytyjską autorką książek, w których fabuła głównie toczy się wokół realiów II wojny światowej. Matka Pearl to kolejna pozycja wydana nakładem Świata Książki w Polsce (in.: Wrześniowe dziewczynki wyd. 2011, Nic nie trwa wiecznie wyd. 2012, Wędrówka Marty wyd. 2012, Flora i Grace wyd. 2014). Kilka lat temu miałam przyjemność czytać Wrześniowe dziewczynki i książka mnie po prostu oczarowała nie tylko opowiedzianą w niej historią, ale także samym stylem autorki. Więc gdy pojawiła się na wyprzedaży inna jej pozycja wzięłam ją po prostu w ciemno. I do lutego tego roku czekała na swoją kolej.

     W Matce Pearl można dostrzec ten sam klimat, jaki pojawił się we wcześniej wspomnianych Wrześniowych dziewczynkach, tylko że tutaj autorka większą uwagę skupiła na sprawach życiowych, a niżeli na toczącej się w tle wojnie. Historię matki Pearl poznajemy z dwóch perspektyw: oczami młodziutkiej Amy, czyli tytułowej bohaterki oraz jej dorosłej już córki Pearl. Oprócz nich Maureen Lee do głosu dopuszcza także inne postacie, lecz to Amy i Pearl głównie do nas przemawiają. Jak wspomniałam wcześniej kolejne rozdziały przenoszą nas albo w realia II wojny światowej, czyli do czasów młodości matki, albo do lat siedemdziesiątych XX w., kiedy jej córka jest już dorosłą kobietą. Oba światy przeplatają się ze sobą i zabieg ten zastosowany przez autorkę może być trudnością dla osób, które nie przepadają za tego typu konstrukcją fabuły.

     Jak również wspomniałam wcześniej, książkę tę kupiłam na wyprzedaży w księgarni i dopiero po jej lekturze zrozumiałam, dlaczego postanowili tak zejść z jej ceny. Jedno słowo: korekta. Jest ona po prostu fatalna: błąd za błędem i błąd pogania! Ja bardzo jestem uczulona na tego typu „wpadki” (przyznaję, że sama świętą nie jestem, zdarza mi się popełnić „babola”, ale przed publikacją jakiegokolwiek tekstu czytam je kilkakrotnie i staram się eliminować wszelkie kwiatki), lecz kiedy pojawiają się pojedyncze incydenty przymykam na nie oko, ale gdy owe błędy zaczynają się mnożyć w oczach to czuję się przez wydawnictwo po prostu oszukana i wielce zawiedziona, bo potrafią one w ten sposób popsuć naprawdę dobrą książkę. W przerwie lektury, z ciekawości spojrzałam na stronę redakcyjną, gdzie znajdują się informacje m.in. o korekcie tekstu. Szkoda, że nie widzieliście (a może i dobrze) mojej miny kiedy zobaczyłam DWA (!) nazwiska przy słowie „korekta”. Komentarz mój tutaj jest raczej zbędny, lecz mimo wszystko dalej brnęłam w historię Pearl i jej matki.

      Autorka wykreowała naprawdę ciekawych bohaterów, którzy od pierwszego spotkania zyskują naszą sympatię. Wyjątkiem jest Amy z oczywistych względów, ale poznając ją stopniowo zaczynamy dochodzić do różnych wniosków, które w konsekwencji zmieniają nasze zdanie na jej temat. Najgorsze (pomijając niechlujną edycję) jest to, że czytelnik wie (po części) co się stało wieczorem w 1951 roku i powoli dochodząc do tego momentu naiwnie wierzy, że może jednak owa tragedia się nie wydarzy, a rodzina Pearl nie rozsypie się jak domek z kart. Niezwykle trudno było mi śledzić tę drogę, lecz chciałam dowiedzieć się prawdy, co się wtedy wydarzyło… I się dowiedziałam, a to z kolei zmieniło mi punkt widzenia odnośnie Amy. Jeśli chodzi o fabułę, to płynie ona spokojnie, w swoim rytmie, rozwiewając po drodze wszystkie rodzinne tajemnice. Kończąc lekturę człowiek pozostaje sam z przytłaczającą prawdą i milionem myśli w głowie.      

     Historia opowiedziana przez Maureen Lee jest niezwykle przejmująca, skłania czytelnika do zastanowienia się nad tym, jaką rolę w naszym życiu odegrała nasza mama i jak bylibyśmy ubodzy, gdyby jej zabrakło. Mimo dosyć smutnych wydarzeń książka emanuje jakimś wewnętrznym i pokrzepiającym serce ciepłem. Oprócz tego rodzi się w naszych myślach nadzieja, by w przyszłości być dla swoich dzieci takim, jaka była dla nas mama. Mimo tych rażących błędów cieszę się, że udało mi się ją przeczytać i z niecierpliwością będę wypatrywać okazji na ponowne spotkanie z twórczością autorki.  

~*~

     Każdy wiek ma swoje dobre strony. [1]

     Przyjaźń podobnie jak wielkoduszność, wybacza wiele grzechów. [2]

     Świat byłby koszmarem, gdybyśmy wiedzieli, co nas jeszcze czeka. [3]

     Zadziwiające jak drastycznie może się zmienić czyjeś życie w ciągu zaledwie paru godzin. [4]

     Wszyscy myślimy, że moglibyśmy być szczęśliwsi, kiedy spoglądamy wstecz na nasze życie. [5]



___
[1] LEE M.: Matka Pearl. Warszawa: Świat Książki 2012, s. 26.
[2] Tamże, s. 60.
[3] Tamże, s. 194.
[4] Tamże, s. 234.
[5] Tamże, s. 331. 

5 marca 2015

[#34] Podsumowanie 2/2015

źródło: Colorfully

Witajcie kochani!

     (Jak zwykle trochę prywaty, zainteresowanych moimi czytelniczymi wynikami odsyłam kilka akapitów niżej ;))

     Marzec… Wydaje mi się, że tak niedawno był początek lutego, byłam świeżo po operacji oraz miałam przed sobą naprawdę jeden z najbardziej aktywniejszych miesięcy w tym roku. Oprócz dochodzenia do siebie luty rysował się naprawdę pracowicie: miałam przed sobą dosyć trudne zadanie (lecz wykonalne), czyli dokończenie drugiego rozdziału pracy magisterskiej (bez którego nie mogłam zamknąć poprzedniego semestru). Poza tym od wyjścia ze szpitala gdzieś latałam: a to do bratanka (który 13 marca będzie miał już 3 miesiące! <3), a to na urodziny do kuzyna, a to znowu do bratanka… Dla mnie w sumie dobrze, bo w końcu muszę zacząć normalnie funkcjonować i rozchodzić moje (dzięki Bogu!) rozpuszczalne szwy ;) (rana naprawdę goi się bardzo dobrze ;)). Powracając do spraw studyjnych to czekam na sprawdzenie moich „wypocin” oraz mam nadzieję zaliczenia seminarium, a tym samym zaliczenia również przedostatniego semestru na studiach. Wszystko rozegra się w poniedziałek, podejrzewam, że będzie dla mnie on niezwykle stresujący. Trzymajcie kciuki!
    
     Jeśli chodzi o sprawy blogowo-recenzyjno-czytelnicze to muszę przyznać, że powoli powracam do normalności. W przygotowaniu mam recenzję książki Maureen Lee pt. Matki Pearl, którą skończyłam dosyć niedawno, oraz powoli kończę czytać egzemplarz przedpremierowy Agaty Kijory Zmienni, więc również w najbliższej przyszłości będziecie mogli oczekiwać kilku słów na jej temat. Jestem w połowie lektury i… brak mi słów. (zostawię Was w słodkiej niewiedzy, czy brak mi słów w pozytywnym, czy negatywnym sensie… Na razie z mojej strony cicho sza… ;))

     Nie wiecie jak bardzo cieszę się, że nadszedł marzec. Ogarnia mnie jakaś wewnętrzna radość, która dosłownie rozsadza mnie od środka. Zaraz przyjdzie wiosna, świat obudzi się po tych szaro-burych dniach, słońce zacznie ogrzewać nasze twarze oraz dzień powoli będzie stawał się dłuższy! Po prostu aż chce się żyć! Czuję, że szykują się zmiany… Jakie? Trudno powiedzieć jakie, ale na pewno dobre.

     (Koniec prywaty)

     Jeśli chodzi o luty pod względem czytelniczym, to mogę się pochwalić zdecydowanie lepszymi wynikami, niż w pierwszym miesiącu roku, a oto one:

♦ Przeczytane książki - 2
     1. SOWIŃSKA K.: Nic straconego - recenzja
     2. GAIMAN N.: Gwiezdny pył – recenzja

♦ Książka miesiąca – Nic straconego Karoliny Sowińskiej

♦ Rozczarowania - brak

♦ Przeczytane strony – 1045, co daje na dzień ok. 37

♦ Nabytki – 4
     1. SOWIŃSKA K.: Nic straconego (egz. po premierze – od wyd. Novae Res)
     2. KIJORA A.: Zmienni (egz. przedpremierowy – j.w.)
     3. GASKELL E.: Północ i południe – od E. :*
     4. GASKELL E.: Żony i córki – j.w.


♦ Wyzwania:
     1. Przeczytam tyle, ile mam wzrostu + 4,6 cm = 6,9 cm
     2. 52 książki + 2
     3. Z półki + 1

     Jak napisałam wcześniej, nie jest źle! Jestem bardzo zadowolona z wyników i mam cichą nadzieję, że pod tym względem marzec będzie również udany ;). Przede mną kolejne pracowite miesiące, ale ze słońcem, jako towarzyszem, Waszą serdecznością, którą mi okazujecie oraz samozaparciem wszystko mi się uda!


     Tym optymistycznym akcentem się z Wami żegnam. Do napisania wkrótce! ;)

2 marca 2015

GAIMAN Neil - "Gwiezdny pył"

źródło: Google
Neil Gaiman
Gwiezdny pył
(Stardust)

tł. Paulina Braiter

MAG, 2001
s. 196
83-87968-24-2
Cena: -

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 1 cm)
+ 52 książki
+ Wyzwanie książkowe na rok 2015

Ocena: 5/10

~*~

     Baśń fantasy nawiązująca do tradycji Narzeczonej Księcia i Niekończącej się Opowieści, nagrodzona prestiżową nagrodą Mythopeic Fantasy Award. Kolejna powieść Neila Gaimana, laureata World Fantasy Award, znanego w Polsce z powieści Dobry Omen (wspólnie z Terrym Pratchettem) i Nigdziebądź. Pewnej nocy młody Tristan Thorn obiecuje swej narzeczonej gwiazdkę z nieba. Jednak, by ją zdobyć musi udać się do magicznej krainy elfów wróżek i goblinów, z której nikt jeszcze nie powrócił. Pozycja dla czytelników kochających niesamowite przygody i czarny humor.

~*~

     Ludzi od zawsze fascynowało niebo oraz wszystko z nim związane. Za dnia jest bezkresnym błękitem, który czasami zasłaniają wszelkiego rodzaju chmury, a nocą… Nocą do życia budzi się świat oddalony od nas o miliony lat świetlnych, a poprzez maleńkie, mrugające punkciki sprawia wrażenie niezwykle magicznego Ileż to razy spoglądaliśmy w niebo (i ile jeszcze razy będziemy je obserwować…?) z nadziejami, marzeniami, troskami, szukając odpowiedzi na pytania kłębiące się w naszej głowie? Albo ileż czekaliśmy na to, aby dostrzec spadającą gwiazdę i wypowiedzieć w myślach głęboko chowane marzenia? A gdy już ją zobaczyliśmy staliśmy nie mogąc zebrać myśli, oczarowani tym momentem, tą chwilą? Tristan dobrze wiedział, czego chciał, kiedy dostrzegł spadającą gwiazdę i nie zawahał się ani chwili, by wyruszyć na jej poszukiwanie. W końcu ona była przepustką do jego nowego życia…

     Gwiezdny pył Neila Gaimana to historia jakby wyjęta ze zbioru baśni, opowiada losy nie tylko głównego bohatera Tristana, ale po części jego ojca i wielu innych osób, którzy stanęli na drodze młodzieńca ku spełnianiu marzeń. Autor przenosi czytelnika do świata, gdzie wszystko może się zdarzyć i nie wszystko wydaje się takie, na jakie wygląda. Tristan na własnej skórze przekonuje się, że każda podróż zmienia ludzi i ich poglądy oraz zostawia po sobie niezmywalny ślad. Ponadto pomaga poznać siebie takim, jakim naprawdę się jest: przyznać się do skrywanych głęboko emocji oraz do swoich wad i zalet. Czasem także otwiera oczy na prawdę, którą poprzez zaślepienie nie mogliśmy dostrzec. I właśnie takie objawienie czeka głównego bohatera na końcu tej drogi. Co to za prawda? Tego dowiecie się z lektury Gwiezdnego pyłu.

     Za lekturę tej książki zabrałam się z czystej ciekawości. Przez pewien czas było o autorze dosyć głośno i dochodziły do mnie same pozytywne opinie na temat jego twórczości, więc postanowiłam w przyszłości zapoznać się z jego dziełami. Traf chciał, że okazja na przeczytanie nadarzyła się pod koniec stycznia, kiedy to leżałam plackiem w szpitalu po operacji i nie mogłam nic ciężkiego podnosić (także książek), a jedyną alternatywą był telefon i zainstalowany mbook Gaimana (który notabene został zekranizowany i czeka na obejrzenie). Po lekturze jej mam dosyć mieszane uczucia, większość ludzi się nią zachwycała. Ja niestety nie dostrzegłam w niej nic wyjątkowego, ot zwykła bajka przyprawiona odrobiną magii dla młodzieży i dorosłych napisana naprawdę zabawnym językiem. Bohaterowie nie sprawiają wrażenia takich, o których za jakiś czas będzie się pamiętać i do nich powracać. Tristan jest wykreowany na naprawdę naiwną, zaślepioną postać, która nie dostrzega tego, co znajduje się pod jego nosem. Jest także szalenie kulturalny i uprzejmy, powiedziałabym, że niejeden gentelman czułby się przy nim zmieszany oraz mało gentlemeński. Sprawia wrażenie niezwykle miłego, co kreuje go na naprawdę słodkiego chłopaczka (niekiedy do porzygania). Nie mogę jednak zapomnieć o jego kilku odważnych ekscesach stawiających go, na chwilę, w zupełnie innym świetle. Dzieła z worka z napisem „fantastyka” mają to do siebie, że autor nie musi wiele zrobić, by wykreować różnorodnych bohaterów. Wystarczy, by dodał kilka supermocy, jakiś charakterystyczny element wyglądu i już mamy wyjątkową oraz niepowtarzalną postać. Dlatego kreacja bohaterów trochę mnie rozczarowała, bo spodziewałam się naprawdę czegoś więcej. Podobnie jest z fabułą, jak dla mnie historia wlecze się przez wszystkie rozdziały tak samo (z wyjątkiem kilku bardziej dynamiczniejszych akcji). Niestety nie wbiła mnie w tzw. fotel, chociaż pojawiło się kilka elementów zaskoczenia oraz, co smutne, historia jest przewidywalna. Przez całą lekturę miałam wrażenie, że autor przy pisaniu tej książki szedł po prostu na skróty i chciał ją jak najszybciej skończyć.

     Gwiezdny pył nie przemówił do mnie tak, jak tego oczekiwałam. Zresztą z drugiej strony nie nastawiałam się także na coś szczególnego, liczyłam na niepowtarzalnych bohaterów, dynamiczną akcję i elementy magii (które okazały się mało kreatywne). Myślałam, że wyciągnę coś z jej lektury i zostanie to w mojej głowie. Mogłabym na siłę wymienić kilka przykładów, ale czy to będzie miało jakikolwiek sens? Raczej nie, więc jeśli szukacie czegoś miłego, lekkiego i niezobowiązującego, to Gwiezdny pył będzie strzałem w dziesiątkę. Ja z delikatną nutką żalu stawiam ocenę 5/10


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...