28 listopada 2013

PITCHER Annabel - "Moja siostra mieszka na kominku"


Annabel Pitcher
Moja siostra mieszka na kominku
(My sister lives on the mantelpiece)

tł. Donata Olejnik

Papierowy Księżyc, 2013
s. 286
978-83-61386-30-8
Cena: 34,90 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,2 cm)
+ 52 książki

Ocena: 8/10

~*~

Od tamtego wydarzenia dziesięcioletni Jamie nie płakał ani razu. Chłopiec wie, że powinien – przecież Jasmine płakała, i mama, a tacie zdarza się to do dziś. Roger wprawdzie nie uronił ani jednej łzy, ale to w końcu kot, poza tym nie znał Rose aż tak dobrze.

Wszyscy dookoła zapewniali, że czas leczy rany, tylko że to jedno z tych kłamstw powtarzanych przez dorosłych, gdy nie wiedzą, co powiedzieć. Minęło już pięć lat, a jest jeszcze gorzej: tata wciąż pije, mama zniknęła, a Jamie został z pytaniami, na które sam musi sobie odpowiedzieć.

Ta historia to właśnie jego opowieść. To niewyobrażalnie prawdziwa i wzruszająca relacja z wysiłków małego chłopca, próbującego zrozumieć tragedię, która rozbiła jego rodzinę.

~*~

Śmierć dziecka zawsze jest czymś okropnym i niezrozumiałym. Rodzice zadają sobie masę pytań „dlaczego” oraz szukają winnego tej tragedii. Przepełnieni żalem oraz bólem afiszują go dookoła, przy tym często raniąc osoby przebywające w ich otoczeniu. W tym przypadku zawsze najmocniej odczuwają to najbliżsi. Bywa i tak, że tragedia do tego stopnia wstrząsa rodziną, iż ta powoli rozpada się jak domek z kart, a poszczególni członkowie rodziny popadają w pewnym sensie letarg…

Moja siostra mieszka na kominku opowiada taką właśnie historię – o rodzinie, która na wskutek takiego dramatu powoli zmierza ku upadkowi. Każdy z tej członków do dnia dzisiejszego przeżywa śmierć córki i jednocześnie siostry. Oprócz Jamiego, który nie odczuwa jej przedwczesnego odejścia jak pozostali. Można powiedzieć, że nie przeżywa w ogóle silnych emocji, tak jakby był z wszelakich uczuć wyprany. Aż do czasu, kiedy będzie musiał się zmierzyć z pewnym wydarzeniem, które spowoduje nieodwracalne zmiany na jego duszy…

Wszyscy od dziesięcioletniego chłopca czegoś oczekują i wymagają. Odpowiedniego zachowania, by dobrze się uczył i był posłuszny. Tylko jakoś nikt nie wysilił się na zadanie mu pytania, czego chce on sam.

     Czego chcesz Jamie?
     Chcę, żeby było jak dawniej…

Moja siostra mieszka na kominku pokazuje, że nie ma możliwości powrotu do przeszłości oraz, że mimo różnych kolei losu to Rodzina powinna trzymać się razem [1].  A jedyną osobą, na której może w tym momencie może polegać Jamie, jest starsza siostra Jas.

To, co mnie urzekło w niniejszym debiucie jest obraz więzi pomiędzy rodzeństwem. Autorka pokazała to w tak przejmujący sposób, że aż zapiera dech w piersiach. Podobnie ma się sprawa relacji pomiędzy chłopcem, a rodzicami. Tylko tyle, że ten obraz może wywołać w czytelniku nie tylko współczucie, ale również może poczuć smutek. Ta dziecięca ufność Jamiego po prostu rozkłada na łopatki i wydaje mi się, że poruszy ona nawet najbardziej zatwardziałego czytelnika.

Szczerze powiedziawszy, w trakcie lektury bardzo obawiałam się o zakończenie. Bo z początku historia opowiadana przez Jamiego mnie nie przekonywała, nie zachwycała. Czasami nawet nużyła. Jednakże im dalej brnęłam w jej lekturze, tym coraz bardziej się do niej przekonywałam., aż w końcu… pokochałam. Od tej pory zacznę wyznawać zasadę, że ksiązki nie należy oceniać po rozpoczęciu, lecz po jej zakończeniu.  Jest to po prostu bomba emocjonalna z opóźnionym zapłonem. Jak wybuchnie, to sieje spustoszenie na prawo i na lewo.

Jeśli chodzi o bohaterów, cóż autorka wykreowała naprawdę różnorodne postaci i można powiedzieć, że są wyciągnięci prosto z rzeczywistości. Język nie przytłacza swoją formą, jednak książka zaskakuje dialogami, które są wplecione w opisy. Z początku nie mogłam do nich przywyknąć, ale jak wspomniałam wcześniej – im dalej w las, tym lepiej. Z pewnością Moja siostra mieszka na kominku  jest książką wymagającą troszkę więcej uwagi i czasu od czytelnika.

Z opisu od wydawcy dowiadujemy się, że ta książka jest literackim debiutem Annabel Pitcher. Dodam od siebie, że niezwykle dobrym i bardzo emocjonalnym. Życzyłabym takiego debiutu każdemu przyszłemu autorowi i z niecierpliwością czekam na kolejne bestsellery autorki. Cóż więcej rzec? Naprawdę gorąco zachęcam do sięgnięcia po tę pozycję, bo naprawdę warto!

~*~

Ważne urodziny są zapisane w naszych umysłach niezmywalnym pisakiem, jednym z tych, które nauczyciele stosują czasami przez omyłkę na białej tablicy. [2]

Dobre rzeczy przychodzą w małych opakowaniach. [3]

Ciężko jest pozwolić komuś odejść. [4]

Kochał ją za bardzo, żeby móc się pożegnać. [5]

[o rodzicach]
Jednak to, że są dorośli, nie oznacza jeszcze, że zawsze mają rację. [6]

~*~

Za możliwość lektury dziękuję ślicznie wydawnictwu Papierowy Księżyc

___
[1] PITCHER A.: Moja siostra mieszka na kominku. Słupsk: Papierowy Księżyc, 2013, s. 31.
[2] Op. Cit., s. 28.
[3] Op. Cit., s. 235.
[4] Op. Cit., s. 258.
[5] Ibid.

[6] Op. Cit., s. 279.

24 listopada 2013

MAUSCH Jolanta - "Motylek"

Jolanta Mausch
Motylek

Novae Res, 2013
s. 337
978-83-7722-901-9
Cena: 34,00 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,3 cm)
+ 52 książki

Ocena: 8/10

~*~

Piotr, artysta plastyk z burzliwą przeszłością i problemem alkoholowym, mieszka w niewielkim miasteczku w dwurodzinnym domu do którego wprowadza się Magda – młoda pani psycholog podejmująca pracę w Domu Dziecka. Pomimo początkowej niechęci ze strony Piotra stopniowo zaprzyjaźniają się, dzięki czemu mężczyzna podejmuje próbę walki z nałogiem. Niestety tajemnica, którą nosi w sobie Piotr, nie pozwala mu zbliżyć się do Magdy tak bardzo, jak by tego pragnął.

~*~

Mówi się, że nie szata zdobi człowieka, jednakże to wpierw ona przykuwa naszą uwagę. To właśnie ten element wpływa na postrzeganie drugiej osoby i od razu nasuwają się różne, czasem stereotypowe skojarzenia. Ludzie zadbani bardzo rzucają się w oczy i można powiedzieć, że wokół nich unosi się taka jakby dobra aura. „Ludzie sukcesu tak się noszą”. Nie tylko oni ściągają nasz wzrok, także i ci, będący po drugiej stronie barykady: zaniedbani i roztaczający wokół siebie odurzający zapach alkoholu oraz … współczucie. Na ulicy mijamy ich szybko, byle do przodu, byle jak najdalej. Iść dalej i nie mieć nic wspólnego, bo to znany „pijaczek” z okolicy. A może ktoś zatrzymałby się na chwilę i zastanowił się „jak do tego doszło, iż ten alkoholik upadł tak nisko”? Magdalena, z zawodu pani psycholog, bohaterka niniejszej powieści, chcąc nie chcąc, została postawiona przed podobną sytuacją. Pomóc, czy zostawić sąsiada samemu sobie…?

Magda miała wybór. Wybrała pomoc bliźniemu, lecz zastanawiam się, czy zrobiła to, bo chciała, czy z pobudek zawodowych? Bo jeśli z przeważyło tutaj miłosierdzie, to chwała jej za to. Natomiast jeżeli ta druga opcja przeważyła to cóż… Zostawię to bez odpowiedzi. Podsumowując ten wywód, to tym czynem zapoczątkowała historię jak z bajki.

Motylek zapowiada się dość niejednoznacznie. Początek sprawia, że czytelnik w pewnym sensie może się trochę pogubić. Pewien Piotr prosi pewną kobietę o napisanie historii jego życia. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie wyróżnione wypowiedzi mężczyzny poprzez kursywę. Zastanawiałam się przez całą lekturę, czy to przypadkiem tym zleceniodawcą nie jest duch, mara senna, która chce, by ta historia przetrwała, została zapamiętana i upubliczniona dla potomnych. No cóż, ten zastosowany zabieg bardzo mnie zaintrygował. Odpowiedź na moje pytanie przyszło wraz z końcem książki. I przyznam szczerze, że mnie niezmiernie zaskoczyło, ponieważ nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Za to, ode mnie, dla autorki oraz dla Motylka wielki plus.

Jak wspomniałam wcześniej (bądź nie, nie pamiętam już :P), jest to historia pewnej miłości, która moim zdaniem rzadko ma miejsce w naszym świecie. Wydaje mi się, że miłość nie jest tak silna, by wyleczyć kilkuletniego alkoholika z nałogu. W tym przypadku Motylek może uchodzić trochę za historię naiwną, jednak ja na szczęście nie patrzę na książki pod takim kątem, więc zostawiam ten temat w spokoju.

Jeśli chodzi o bohaterów, to są oni mocno rozchwiani emocjonalnie. Bardzo często prowadzą wewnętrzne monologi typu „jak może mnie ona kochać”, „jak ja mam mu to powiedzieć” etc. Magda jest postacią trochę nijaką. Idealnie do niej pasuje przezwisko, które wymyślił dla niej Piotr po pierwszym spotkaniu – „mysza”. Z kolei Piotr jest właśnie tym niegroźnym pijaczkiem z bogatą i jednocześnie przygnębiającą przeszłością. W przeciwieństwie do niej, jest postacią dynamiczną. Można powiedzieć, że jesteśmy światkami jego metamorfozy i walki z demonami z przeszłości, które rzucają długi cień na jego życie. Jest jeszcze Pies, który po przeprowadzce Magdy do nowego domu, zostaje ochrzczony Trollem. Zwierzęta w każdej takiej książce, szczególnie w obyczajówkach, zawsze miło witam, ponieważ niekiedy do nudnej akcji wprowadzają coś świeżego i zaskakującego – zwierzęta z natury są nieprzewidywalne. Wydaje mi się, że każda historia wiele zyskuje w połączeniu mężczyzna-zwierzak-kobieta. W Motylku można powiedzieć, Troll okazał się przyjemnym uzupełnieniem tej drogi dwojga różnych ludzi ku szczęściu.

Motylek jest obyczajówką na poziomie. Urzekają nie tylko opisy, ale także dialogi oraz składający się na całość styl autorki. Czyta się szybko i przyjemnie. Mankamentem są skoki czasowe między rozdziałami. Każdy z nich rozpoczyna nową myśl, pewne zdarzenie. Można powiedzieć, że przecina całą historię na kawałki, jak nóż dzielący tort na części. Nie ma takich standardowych, łagodnych przejść pomiędzy jednym, a drugim rozdziałem. Czytelnik rzucany jest na tzw. „głęboką wodę”. Czy to dobrze? Mnie trochę, taki sposób konstruowania treści, rozstrajał. „Ale o co chodzi? Przecież wcześniej było o tym.. Acha, rozumiem” – takie przewijały się po mojej głowie myśli, które idealnie odzwierciedlają tą sytuację. Poza tym nie mam zastrzeżeń.  Jest to kolejna, bardzo rozluźniająca lektura na długie, jesienne wieczory, która nie tylko niesie ze sobą rozrywkę, ale także garść różnorakich prawideł. Akcja nie przytłacza i nie nudzi. Momentami niezwykle zabawna.

Wbrew pozorom jest to ciepła historia nie tylko o tym, że to nie szata zdobi człowieka, ale również o pokonywaniu swoich słabości, a także o tym, że na wszystko przyjdzie odpowiednia chwila. Bardzo pozytywna i urzekająca, polecam!

~*~

[o witrażach]
Wiedziała, że ktoś je projektował i tworzył, ale ktoś nierealny, daleki i niedostępny. Ktoś pozwalający zbliżyć się do siebie tylko poprzez swoje dzieło. [1]

Piękne rzeczy wychodzą z pięknego wnętrza. [2]

Charakter człowieka nie idzie w parze z jego umiejętnościami, wiedzą i talentem. Jedno z drugim nie ma niestety nic wspólnego…[3]

Tylko ludzie wyjątkowi mają przezwiska. [4]

- […] czasami trzeba trochę zaszaleć
- W twoim przypadku, to raczej bardzo niebezpieczna filozofia. Szaleć trzeba było dwadzieścia kilo temu, a nie teraz. [5]

- Magda, daj jej, niech ci może zrobi porządki w tych garnkach albo co, bo inaczej to się nie uspokoi. Trzepie tym jęzorem byle co…
- Sam sobie zrób porządek w swoim garnku – popukała się w czoło matka, spoglądając z niechęcią na męża […]. [6]

Przychodzi taki czas, że trzeba się rozstać z niektórymi pamiątkami. [7]

[…] zaraz mi się tu wzruszenie skropli. [8]

~*~

Za lekturę dziękuję ślicznie wydawnictwu Novae Res



___
[1] MAUSCH J.: Motylek. Gdynia:Novae Res 2013, s. 46.
[2] Op. Cit., s. 47.
[3] Ibid.
[4] Op. Cit., s. 60.
[5] Op. Cit., s. 96.
[6] Op. Cit., s. 98.
[7] Op. Cit., s. 225.
[8] Op. Cit., s. 303.

21 listopada 2013

BALCER Grażyna - "Katja, Kaśka, Cathrine"

źródło
Grażyna Balcer
Katja, Kaśka, Cathrine

Novae Res, 2013
s. 117
978-83-7722-863-0
Cena: 23,00 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 0,8 cm)
+ 52 książki

Ocena: 4/10

~*~

Katja, Kaśka, Cathrine jest dziewczyną, która zmienia swoje życie, uciekając z Rosji. Ciekawość świata i młodzieńcza odwaga połączona z pierwszą miłością otwiera drogę do innej rzeczywistości. Nowe kraje – początkowo Polska, a później Francja – zmieniają jej osobowość, co charakteryzuje się również zmianą imienia. Czy jednak wyjazd z ojczystego kraju okaże się dobrym pomysłem?

~*~

Każdy z nas popełnia błędy. To rzecz ludzka i nie powinniśmy się ich wstydzić. Każdy z nas może pogubić się na drodze życia, która wbrew pozorom, nie jest usłana różami. Ba! Jeśli właśnie takową się wydaje, to jest to zapowiedź przyszłych wpadek. Nie oznacza to wszakże, by zostawiać te przypadki bez echa bądź, co gorsze, stłumić je w sobie. Powinno się wyciągnąć wnioski, uczyć by ponownie nie wypaść z zakrętu życia. Bohaterka Katji, Kaśki, Cathrine w takie błędne koło wpadła. Czy wyciągnęła naukę ze swojego postępowania?

Poznajcie Katję. W jej żyłach płyną dwie narodowości – Rosyjska oraz Polska. Mieszka wraz z rodzicami w ojczyźnie matki, w miejscowości Czarcionka. Wiedzie tam jako nastolatka, trochę samotne życie jedynaczki. Matka – kobieta pracująca – zarabia na utrzymanie domu, a ojciec spełnia obowiązki gospodarza oraz zajmuje się edukacją córki. Dorosłość, młodość i ciekawość świata sprawiają, że ta ptaszyna wylatuje z rodzinnego gniazda na podbój… Polski. Wraz z nią ucieka przyjaciel, z którym wiąże swoje przyszłe plany. I jak wiadomo, życie lubi je weryfikować. Główna bohaterka nie zdaje sobie sprawy z tego, iż los przygotował dla mniej wiele, niekiedy przykrych, niespodzianek, a w konsekwencji, dwa lata po opuszczeniu Rosji wyląduje we Francji, z dużym bagażem doświadczenia i wspomnień. Jak to się stało? Po prostu życie.

Katja, Kaśka, Cathrine jest krótką książką, może trafniejszym określeniem będzie dłuższe opowiadanie, o perypetiach młodej kobiety, dziewczyny u progu dorosłości z dużymi aspiracjami. Autorka wykreowała dosyć ciekawych bohaterów – jednak takich strasznie… papierowych. Prawie żadnych opisów ich wyglądu, czy ich przemyśleń, rozterek, jakiejś głębszej analizy ich emocji. A jak już się one pojawiają, to są strasznie „okrojone”, zdawkowe, które nie zapadają czytelnikowi w pamięć. Zdecydowanie zabrakło mi w Katji, Kaśce, Cathrine uczuć i głębszych przemyśleń bohaterów.

Ten brak opisów odnosi się również do miejsc, których w historii jest wiele i na swój sposób urzekających. Autorka mogłaby większą uwagę skupić na właśnie tych opisach, które wbrew pozorom, tworzą specyficzny i indywidualny klimat książki, niż na przebiegu fabuły. Tak strasznie szybko akcja pędzi, jakby na złamanie karku. Czytelnik nie ma możliwości rozkoszować się pewnym wydarzeniem, ponieważ nagle pojawia się inne, a za nim następne i tak przez całą książkę. Bardzo nad tym ubolewam, ponieważ pomysł na książkę był – jest, bardzo ciekawy, można powiedzieć ambitny i z aspiracjami, a niestety został „zabity” przez szybkość. W pewnym momencie poczułam, że nie dostrzegam, nie czuję w Katji, Kaśce, Cathrine … duszy. Można odnieść wrażenie, że autorka nie włożyła w tę historię kawałka siebie, serca. Ksiązka bez duszy… nie jest książką. Jest zwykłym tekstem, który mógłby być sprawozdaniem, który nie zawiera żadnych emocji oraz uczuć.

Plusem jest to, że Katję, Kaśkę, Cathrine czyta się niezwykle szybko (spowodowane biegiem zdarzeń), język jest prosty i przyjemny w odbiorze. Zdecydowanie nie przytłacza swoją formą. Tylko niestety czytelnik nie zdąży się rozsmakować w stylu autorki, ponieważ kilka mrugnięć okiem i jest po lekturze.

Z tego, co się jeszcze dowiadujemy z treści książki, to fakt, iż autorka przygotowuje kontynuację. Ja się zastanawiam po co? Moim zdaniem mogła połączyć (i rozszerzyć!) pierwszą część z kontynuacją i dopiero wtedy udostępnić czytelnikowi. Bo tak, to nawet nie wiadomo w jakim celu jest kontynuacja. Książka ma 117 stron, a dalsza część, jeśli chodzi o objętość, będzie (wydaje mi się) podobna. Jeśli autorka szykuje „powtórkę” z Katji, Kaśki, Cathrine to ja podziękuję. Niestety. Chociaż innym takie tępo akcji może się spodobać i nie odczują tych braków, które ja dostrzegłam. Trzeba się samemu przekonać, jak to z tą książką jest. Z pewnością ja nie skuszę się po kolejną część. Boję się powielonego schematu.  

~*~

Za możliwość lektury dziękuję ślicznie wydawnictwu Novae Res



18 listopada 2013

SZULC Wioletta - "Rysunek w sercu"


Wioletta Szulc
Rysunek w sercu

Novae Res, 2013
s. 337
978-83-7722-905-7
Cena: 34,00 zł

Wyzwanie:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,3 cm)
+ 52 książki

Ocena: 8/10

~*~

On – trzystuletni wampir…
Ona – zwykła śmiertelniczka…
Czy dwa różne światy mogą żyć razem…?
Czy są sobie przeznaczeni…?

Anna Lawenda jest tłumaczką języka angielskiego. Romanse przeżywa jedynie na łamach książek, a jej egzystencja jest dość monotonna. W wolnych chwilach rysuje pejzaże. Właśnie jedna z jej prac wywraca do góry nogami poukładane życie kobiety. Okazuje się, że zupełnie nieświadomie stworzyła obraz przedstawiający dworek niejakiego Adama Ostrowskiego. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że owa posiadłość spłonęła prawie doszczętnie trzysta lat wcześniej.

Adam po trwającej trzy wieki tułaczce wraca na łono ojczystej ziemi. Na przyjęciu u jednego z przyjaciół zauważa szkice przedstawiające jego dom rodzinny.

Zaintrygowany postanawia poznać ich autora…

~*~

Powoli już widać, przynajmniej ja dostrzegam ten stan, iż motyw wampirów powoli zaczyna przemijać. Ten wielki boom, który rozpoczął się kilka lat temu, rozwiewa się jak dym z tlącego się ogniska. Aktualnie zaczynają rozwijać skrzydła książki bardzo kobiece, powiedziałabym wręcz, erotyczne. A co by się stało, gdyby połączyć te dwa elementy w jedno – wampiry i erotyk? Można by pomyśleć, że to już było. Aktywnych czytelników raczej nic nie zaskoczy, ale w polskim wydaniu? TEGO jeszcze nie było, przynajmniej ja na razie się z taką mieszanką nie zetknęłam. I to było głównym bodźcem do zajrzenia w Rysunek w sercu. Chciałam się przekonać, czy polscy autorzy dorównują zagranicznym – jeśli chodzi o takie połączenia. Tliło się we mnie pytanie „a może są nawet lepsi”? Nie mogłam tej sprawy tak zostawić bez odpowiedzi. A poza tym bardzo potrzebowałam lekkiej, tkliwej książki, przy której się rozluźnię. Czy taki był Rysunek w sercu? Zapraszam…

Z notki od wydawcy, mniej więcej, dowiadujemy się, czego możemy się spodziewać sięgając po tę lekturę. Trzystuletni wampir i zwykła śmiertelniczka – ich losy łączą się przez przypadek, a głównym winowajcą okazał się zwykły szkic, rysunek pewnego dworku, który spłonął ponad trzysta lat temu. Gdybym nie znała życia to napisałabym, że przypadkiem nic się nie dzieje…

Na kartach książki Rysunek w sercu poznajemy cichą i spokojną dziewczynę, przepraszam, młodą kobietę – Annę, której świat rozpoczyna się na książkach i na nich tak naprawdę się kończy. W przerwach poświęca się swojemu hobby, czyli malowaniu, rysowaniu etc. (to prawie jak ja! ;)), a miłość przeżywa w sposób bierny, razem z bohaterkami swoich ulubionych romansów. Ot, kobieta taka, jaką czytelnik spodziewa się spotkać. I ON, który ma tą szarą myszkę „zmienić” w najbardziej pożądaną i najseksowniejszą kobietę – oczywiście za pomocą swojego zniewalającego oraz mrocznie pociągającego wyglądu, wyszukanej etyki, ukrytej wrażliwości przesłoniętej mgłą oraz unoszącej się nad nim tajemniczej aury. Nie przypominają Wam te postaci kogoś? Czyjś sylwetek? Nie? To ja zdradzę kogo mam na myśli – miałam wrażenie, że czytam „light” wersję dziejów Anastasii Steele i Christiana Greya. Tylko zamiast Greya mamy wampira, dla którego świat nie kręci się wokół sprawiania przyjemności oraz nie ma tak głębokiego rysu psychologicznego, jak bohater z tylogii Pięćdziesiąt odcieni. Poza tym można powiedzieć – wypisz wymaluj ideał mężczyzny.

Czy mi to przeszkadzało? Trudno jednoznacznie stwierdzić. Gdy Adam (bo takie nosi imię ów wampir) pojawiał się, to od razu przed oczami stawała mi się sylwetka Greya. I często wolałam… niestety Greya, jako tego „lepszego” i ciekawszego, a to za sprawą jego wielu przemian oraz tej nieprzewidywalności. Wydaje się być bardziej dynamiczny niż Adam, jednakże te spostrzeżenia mogą być nie do końca prawdziwe, ponieważ na Greya patrzę poprzez pryzmat trzech książek, a na Adama poprzez tylko jedną. Więc na tę część recenzji proszę patrzeć z przymrużeniem oka. ;) Nie traktuję tego jako minusa, ponieważ nie szukałam w Rysunku w sercu kolejnego obiektu westchnień, tylko lektury, przy której się rozluźnię. I ten cel spełniła.

Akcja zdecydowanie jest przewidywalna, jednakże nie przeszkadzało mi to (będę ten zwrot chyba powtarzać non stop ;), wydaje mi się, że jest taka, jaka powinna być w tego typu historiach. Momentami wywołuje nie tylko uśmiech na ustach czytelnika, ale także… rumieńce. Obiło mi się o uszy czyjeś stwierdzenie, że jest banalną historią. Trudno mi się z tym nie zgodzić. Trochę jest, ale to mi nie przeszkadzało w odbiorze książki – i znów się powtórzę, POTRZEBOWAŁAM takiej lektury. Jeśli ktoś nie lubi banalnych historii, bądź w przybliżeniu podobnych do trylogii Eriki Leonard, to niech lepiej po nią nie sięga.

Opisy (nie tylko przyrody) również niczego sobie, bardzo realistyczne i niekiedy zniewalające. Jedynie, czego mi brakowało, to psychologicznej głębi (która występuje w Greyu). Ok., miłość najważniejsza, wszystko pokonuje, jest wielką siłą, potrafi przenosić góry i przede wszystkim ma moc zmieniania! Niestety za mało zmian. Zdecydowanie za mało, jak dla mnie.

Rysunek w sercu czyta się naprawdę z przyjemnością. Język jest prosty, lekki i przyjemny, niewymagający. Bardzo potrzebowałam takiej odskoczni – szczególnie po ostatniej cegiełce. Jeśli szukacie rozrywki i niezobowiązującej lektury, to Rysunek w sercu jest idealny! A debiut autorki mogę uznać za udany. Czekam na więcej Pani książek!

~*~

Domu nie stanowią ściany czy strzecha, tylko mieszkający pod nią ludzie [1].

Ściemniać to my, nie nas [2].

~*~

Za możliwość lektury, dziękuję ślicznie wydawnictwu Novae Res


PS: Nie wiem, czy zauważyliście, ale mężczyzna na okładce książki jest łudząco podobny do aktora Jamesa Franco ;)

___
[1] SZULC W.: Rysunek w sercu. Gdynia: Novae Res 2013, s. 32.
[2] Op. Cit., s. 312.

17 listopada 2013

[#02] Wyniki konkursu


Witajcie kochani!

Mam nadzieję, że ta pogoda nie daje Wam się mocno we znaki. Ja powoli zaczynam mieć jej dosyć. Tęsknię za ciepłą jesienią, ewentualnie mógłby już spaść biały puch… Nie lubię tego „pomiędzy”. No, ale cóż, co z tego, że nie lubię. Trzeba się po prostu przyzwyczaić do niej, ale z każdym rokiem jest tak samo ciężko.. No ale nic, nie po to piszę tego posta. :)

14 października zorganizowałam na swoim blogu konkurs z okazji drugich urodzin bloga. No cóż… spodziewałam się wielu chętnych, ponieważ nagrody książkowe były dwie, w moim mniemaniu atrakcyjne, a chętnych… jak na lekarstwo. W pewnym momencie zastanawiałam się, czy nie odwołać go, jednakże doszłam do wniosku, że to byłoby nie fair w stosunku do Was. Bo namęczyliście się, udzieliliście wielu kreatywnych odpowiedzi, a ja miałabym, tego nie docenić? Co to to nie! Dlatego mimo 7 zgłoszeń postanowiłam wyłonić zwycięzców.

Powiem tak, było naprawdę ciężko – wszystkie Wasze odpowiedzi były na naprawdę wysokim poziomie. Ale zwycięzca może być tylko jeden…

Po Pod skrzydłem anioła zgłosiły się trzy osoby. Dziękuję dziewczyny za bardzo ciekawe odpowiedzi. Jeszcze raz to napiszę – szkoda, że nie mogę nagrodzić wszystkich, długo naradzałam się z moimi przyjaciółkami. W końcu wybrałam, a Pod skrzydłem anioła z bransoletką wędruje do…

Joanny Sobczak

A oto zwycięska odpowiedź:

     Ma na imię Justyna i w chwili obecnej liczy ponad dwadzieścia pięć wiosen. Pamiętam, że gdy zobaczyłam ją po raz pierwszy w cielesnej powłoce, jej dziecięcy uśmiech sprawił, że sama zapragnęłam być człowiekiem. To wtedy poczułam jej wzrok na sobie i byłam przekonana, że mnie widzi, że wyczuwa i rozumie moją obecność. Znam każdą jej myśl, każde pragnienie i niewypowiedziane marzenie. Chuchałam na jej pierwsze rozbite kolano, zbierałam do rękawa jej łzy i powtarzałam cicho, że to nic, zaraz przestanie boleć. Z uśmiechem witałam każdą modlitwę i każde słowo proszące, by chronił ją Anioł Stróż. Z dumą patrzyłam jak dorasta i małe lalki zamienia na szminki i buty na obcasach. Razem z nią przeżywałam pierwszy zawód miłosny i nie mogąc patrzeć na je cierpienie obiecywałam sobie, że już nigdy nie pozwolę jej się tak beznadziejnie zakochać. Podczas zdawania matury stałam za jej plecami i spokojnie kołysałam się nasłuchując uderzeń jej serca. Kiedy kilka lat później stała skulona na przystanku autobusowym i z trudem połykała łzy, po raz pierwszy poczułam niesamowity smutek. Tak bardzo chciałam ją przytulić i wyjaśnić, że to, co teraz wydaje się jej największym dramatem życiowym za kilka chwil odejdzie w zapomnienie. Siedziałam na tylnym siedzeniu i z zawstydzeniem obserwowałam jej pierwszy pocałunek i rodzącą się miłość. Wymieniam z Aniołem Stróżem jej wybranka wymowne spojrzenia. Oboje wiemy, że ich losy właśnie się splatają i odtąd ich serca będą bić w jednym rytmie. Każdego dnia dziękuję Bogu za to, że mogę być jej opiekunem i wypraszam dla niej łaski. Choć wiem co ją czeka i jakie życie ma przed sobą, to z obawą witam każdy dzień i modlę się, by w natłoku dnia nie zapomniała, że jest ktoś, kto wciąż podąża krok za nią i nigdy nie pozwoli, by stała się jej krzywda.

Czas na wyłonienie drugiego laureata (a raczej laureatki). Po Błękitne lato zgłosiły się cztery osoby i też miałam problemy z wybraniem tej jedynej. Z pomocą przyszły moje kochane doradczynie. Po dyskusji, książka wraz z bransoletką idzie do…

Edyty Chmury

I jej zwycięska odpowiedź:
 
     Dawno temu obejrzałam film „Błękitna laguna” – dwójka dzieci trafiła na bezludną wyspę i z daleka od cywilizacji muszą szybko nauczyć się życia, bo szansa na wydostanie się i powrót do domu jest znikoma. Dorastają razem, kłócą się i przeżywają codzienne troski, aż w końcu uświadamiają sobie, że nie potrafią bez siebie żyć. Wydawało mi się to takie romantyczne, co z tego, że musieli walczyć o pożywienie i dach nad głową, że utracili bliskich, a los wyrzucił ich na głębokie wody. Marzyłam o takiej przygodzie, o miłości i pięknie błękitnej laguny, w której można się przejrzeć jak w lustrze, gdzie można podziwiać kolorowe i niezwykłe wodne zwierzęta. Mała wysepka, porośnięta wysokimi drzewami, z niekończącym się pasmem plaż o piasku żółtym i ciepłym to było miejsce moich wymarzonych wakacji. Teraz mam nieco więcej rozumu i niekoniecznie chciałabym przechodzić przez to, co Emmeline i Richard, ale obraz tej boskiej tropikalnej wyspy od razu pojawił mi się przed oczami, gdy zobaczyłam tytuł „Błękitne lato”. W sumie spędzić trochę czasu na bezludnej wyspie z odpowiednim zapasem książek, to całkiem fascynująca perspektywa :)

Serdecznie gratuluję, zaraz poślę do Was odpowiednią wiadomość. ;) 

Dla osób, którym się nie poszczęściło mam miłą wiadomość. ;) Planuję zorganizować w tym roku jeszcze jeden konkurs – na święta. Więc bądźcie czujni i niech moc będzie z Wami! Do napisania! ;)

14 listopada 2013

NIŽNÁNSKY Jožo - "Pani na Czachticach"

źródło: Matras
Jožo Nižnánsky
Pani na Czachticach
(Čachtická pani)

tł. Cecylia Dmochowska

Książnica, 2012
s. 620
978-83-245-8014-9
Cena: 45,00 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 4,4 cm)
+ 52 książki

Ocena: 7/10

~*~

Barwna powieść historyczna, zbeletryzowana biografia kobiety, która przeszła do historii jako "krwawa grafka". Elżbieta Batorówna (1560-1614) pochodziła z arystokratycznej rodziny obciążonej genetycznym obłędem - wśród jej przodków i krewnych byli schizofrenicy, zboczeńcy i sadyści. Już jako mała dziewczynka uwielbiała przyglądać się egzekucjom. Gdy dorosła, jej sadyzm budził grozę - torturowanie służby, łapanych w okolicy Cyganów, przestępców czy przypadkowych osób sprawiało jej ogromną przyjemność, a zamek w Czachticach każdy rozsądny człowiek omijał z daleka. Ale prawdziwy horror zaczął się, gdy Batorówna uwierzyła, że wieczną młodość zapewnia codzienna kąpiel w krwi wytoczonej z dziewic. Przez ponad dwadzieścia lat polowała na młode dziewczęta, które ginęły w jej zamku podczas strasznych tortur.

~*~

Elżbieta Batorówna, można rzec, była jedną z najbarwniejszych, mrocznych i w swym okrucieństwie przerażających kobiet w historii. „Zasłynęła” jako Czachticka Pani, która nie liczyła się z nikim i z niczym. Była sama sobie panią i to ona decydowała o czyimś losie oraz życiu, jakby miała ku temu prawo. Niestety po części miała… Grafka wzbudzała (a także dzisiaj) nie tylko nienawiść i mroczne rządze, ale również i ciekawość. Wydaje mi się że wiele historyków i socjologów z pewnością nie raz zagłębiali się w jej żywot, szukając przyczyn takowego postępowania. Trzeba przyznać, że z pewnością wyróżniała się na tle innych ówczesnych kobiet i tym samym wokół jej osoby zaczęło być dosyć głośno. Jožo Nižnánsky również musiał zaznajomić się z jej biografią, by powstała ta, wielce ciekawa powieść historyczna o jednej z najokrutniejszych grafek. I wydaje mi się, że podołał temu, trudnemu zadaniu.

Ja osobiście, dopiero w tym roku, przez przypadek dowiedziałam się o niej i jej zbrodniach. Powiem szczerze, zaintrygowała mnie ta kobieta, chciałam poznać jej dzieje oraz podobnie jak specjaliści, chciałam dowiedzieć się dlaczego i co nią kierowało. I kiedy natrafiłam na Panią na Czachticach wiedziałam, że nie przejdę koło niej obojętnie.

Trzeba najpierw wspomnieć, że powieść ta powstała nie przypadkowo – „bo autor nagle zainteresował się żywotem Batorówny”. Pani na Czachticach była bowiem kołem ratunkowym dla wydawnictwa prasowego, w którym pracował Nižnánsky. Miało to miejsce w latach 30. XX w. Ta zbeletryzowana biografia była publikowana w częściach na łamach owego czasopisma i dzięki temu nie tylko pismo zostało uratowane oraz zdobyło popularność, ale przy okazji Nižnánsky znalazł swoje powołanie - pisanie. Przytoczyłam te informacje z okładki książki, ponieważ wielce są interesujące (na równi z samą treścią) i przyszły czytelnik nie będzie zdumiony ilością rozdziałów oraz podrozdziałów znajdujących się w niniejszej książce.
    
Czegoż można spodziewać się po Pani na Czachticach? Przede wszystkim jest to zbeletryzowana biografia (oczywiście fragmentami podkoloryzowana na ówczesne potrzeby czasopisma, o którym była mowa dosłownie kilka linijek wyżej), czyli innymi słowy powieść historyczna, której akcja toczy się na przełomie XVI i XVII w. Jožo Nižnánsky przenosi czytelnika w czasie i przy tym ukazuje realia ówczesnej Europy (oczywiście w obrębie panowania Elżbiety Batory). Przede wszystkim autor skupia się na kreacjach bohaterów niźli na opisach przyrody. Trochę mi niekiedy ich brakowało, jednakże na samą akcję nie ma co narzekać. Dzieje się dużo i wiele, co ważne, nie ma przerostu formy nad treścią. Choć zdarzały mi się chwile zwątpienia w trakcie lektury (o ja istota niewierna), iż Pani na Czachticach przygniecie mnie swoim ciężarem do ziemi (w końcu to kawał tomiszcza), ale na szczęście udało mi się ją ukończyć (lektura jej sporo czasu mi zajęła). Chciałabym podkreślić jeszcze jeden fakt, a mianowicie „brak brutalności”. Co, książka o okrutnej Elżbiecie Batory i brak w niej tego okrucieństwa? Początkowo czytelnikowi może się tak wydawać, ponieważ przez większość treści nie ma tak stricte ukazanej brutalności. Dopiero na samym końcu {spoiler], kiedy to wszystkie grzechy grafki wychodzą na światło dzienne, a konkretnie o jej okrucieństwie dowiadujemy się z zeznań jej służby, która tym samym podpisuje na siebie wyrok śmierci.
    
Jak wspomniałam, dużą rolę odgrywają bohaterowie. Są oni bardzo wyraziści i różnorodni, ich zachowanie wywołuje w czytelniku pozytywne, jak i negatywne emocje. Oczywiście sama główna bohaterka, która króluje nad wszystkimi pozostałymi postaciami (w końcu to o niej jest ta powieść) i co ważne, żadna jej nie przyćmiewa oraz sama nie przytłacza. Jožo Nižnánsky moim zdaniem spisał się wyśmienicie jeśli chodzi o kształtowanie charakteru grafki..

Elżbieta Batory od tej pory nie będzie dla mnie tylko historycznym nazwiskiem, lecz żądną krwi kobietą z marzeniami o wiecznej młodości oraz z góry przegranej walce z czasem o swoje piękno. Świetny obraz psychologiczny osoby podążającymi za swoimi ideałami. Brawo!

Warto wspomnieć, przy okazji, że na podstawie tej publikacji został nakręcony film, który oczywiście (jak to ja) obejrzałam przed lekturą książki. Po przeczytaniu Pani na Czachticach stwierdzam (o dziwo!), że jest zdecydowanie lepsza od ekranizacji. ( W moim przypadku jest tak, że film zazwyczaj wysysa przed lekturą to, co najlepsze. Na szczęście, jak wspomniałam wcześniej książka pobiła film o głowę. Na okładce niestety nie ma podanego konkretnego tytułu filmu, ale wydaje mi się, że chodzi o ten, który oglądałam, czyli Krwawa hrabina z 2009 roku).

Zdecydowanie jest to lektura wymagająca: potrzeba czasu i przede wszystkim cierpliwości. Plusem jest jednak to, że jak się zacznie wnikać w XVI i XVII wiek, to trudno go opuścić. Powieść niesamowicie wciąga, dosłownie od pierwszego słowa. Język – w przypadku takich książek jest na ogół zróżnicowany. Niekiedy trudniejszy, a czasami łatwy. W tym przypadku nie stanowi bariery nie do przebicia. Powiedziałabym wręcz, że chciałabym, aby wszystkie książki historyczne pisane były takim stylem. Jednakże brak tych opisów naprawdę mnie kłuje w oczy…

Moim zdaniem, lektura jej będzie gratką dla osób lubujących się w tego typu powieściach, ba! Pokusiłabym się o stwierdzenie, że jest OBOWIĄZKOWĄ lekturą i z pewnością taki czytelnik spędzi przy niej miłe, jesienne wieczory, jak ja.

~*~

Za możliwość lektury dziękuję ślicznie Grupie Wydawniczej Publicat



11 listopada 2013

[#02] High five, czyli...


źródło: Recenzjum
Witajcie kochani!

Dzisiaj niestety jeszcze nie przychodzę do Was z nową recenzją. Dalej swoim, trochę zwolnionym rytmem, czytam Panią na Czachticach Jožo Nižnansky’ego. Mam wielką nadzieję, że w nadchodzącą środę przyjdę już z jej recenzją. Trzymajcie kciuki ;)

W trakcie oczekiwania postanowiłam ponownie zrobić zestawienie High Five (ze wcześniejszym możecie zapoznać się TUTAJ), tym razem będzie ono dotyczyć moich ulubionych zagranicznych aktorów. Ale zanim podzielę się z moimi the best of… kilka słów na temat High five.

HIGH FIVE! to nowa akcja, w związku z którą na blogu pojawiać się będą rankingi ulubionych, najlepszych, najbardziej interesujących, bądź najgorszych książek, filmów, gier, postaci, itp...
Dzięki temu zarówno czytelnicy mogą poznać bliżej blogerów, jak i blogerzy czytelników, jeśli ci będą chętni na podzielenie się swoimi przemyśleniami i opiniami.

Ten ranking podzieliłam na męską i żeńską część. Przy sporządzaniu tego zestawienia naprawdę czułam wielki ból, bo wcisnęłabym do niego jeszcze kilka nazwisk. Ale stanęło na tym, że uwzględniłam tych naj:

źródło

Na pierwszy plan pójdzie Leonardo DiCaprio. Jeszcze nigdy mnie nie zawiódł, wszystkie filmy z nim były dla mnie tzw. „strzałem w dziesiątkę”. Ostatnio oglądałam Wielkiego Gadsby’ego i po raz kolejny DiCaprio udowodnił mi, że zasługuje na bycie w mojej wielkiej piątce naj! ;). Zakochałam się w Jacku Dawsonie (Titanic), Romeo (Romeo i Julia), Franku Abagnale Jr (Złap mnie, jeśli potrafisz) oraz w Domy Cobbym (Infiltracja). Najlepszy film z jego udziałem? Zdecydowanie Wyspa tajemnic!

źródło
Johnny Depp. – czy tego pana trzeba przedstawiać? Chyba nie ;). Podobnie, jak w przypadku DiCaprio, każdy film z jego udziałem podbija moje serce. I dla mnie, jak dla większości z Was, już zawsze pozostanie cudownym Jackiem Sparrowem. <3. Choć watro też wspomnieć o niektórych jego niezapomnianych kreacjach, chociażby Depp jako Edward Nożycoręki, Dean Corso z Dziewiątych wrót, Ichabod Crane (Jeździec bez głowy), Roux (Czekolada), James Barrie (Marzyciel) i wiele, wiele innych wspaniałych ról! Najlepszy moim zdaniem film z jego udziałem? Trudno mi wybrać, ale pozostanę przy filmach, w których wciela się w Jacka Sparrowa ;).
Kolejny pan w zestawieniu – Ben Barnes. No, skubany ma coś w sobie, co sprawia, że jak gra, to mięknie mi wszystko – zaczynając od nóg ;). Z niecierpliwością wypatruję kolejnych filmów z jego udziałem. Oprócz w Portrecie Doriana Graya wystąpił jako Książę Kaspian w filmach Opowieści z Narnii, Neil McCormick (Zabić Bono) oraz Alejandro Griffin (Wielkie wesele). Najlepszy film moim zdaniem – Portret Doriana Graya.


źródło

Heath Ledger (1979-2008) – moja niespełniona miłość z czasów szczenięcych… I jednocześnie jeden z najlepszych (moim zdaniem) aktorów, których nie będzie już mi dane podziwiać na wielkim ekranie. Dla mnie pozostanie za zawsze tym sympatycznym Williamem Thatcherem z Błędnego rycerza, chociaż świetnie się spisał również jako Casanova, Tony (Parnassus), czy Dan (Candy).

źródło

Ostatni z tego zestawienia pan - Andy Whitfield (1971-2011). Podobnie, jak Heath, niestety nie ujrzymy jego aktorskich kreacji. Podbił moje serce Gabrielem, a następnie Spartacusem…


Jak wspomniałam wcześniej, do tej piątki dopisałabym między innymi: Jasona Stathama, Matta Damona, Gerarda Butlera, Jansona Stathama, Hugh Jackmana, Christiana Bale’a, Ryana Goslinga, Liama Nelsona, Daniela Craiga oraz Richarda Armitage’a… :( 


A teraz moje kobiece autorytety!
Kate Winslet – był Leoś, więc i musi być Kate! ;) Nie no, żartuję sobie, ale naprawdę Kate zaskarbiła sobie moją miłość wieloma wspaniałymi kreacjami, m.in. Sylvii Llewelyn Davies (Marzyciel w duecie z Deppem ;)), Clementine Kruczynski (Zakochany bez pamięci), Madeleine Le Clerc (Zatrute pióro) i przede wszystkim Rose DeWitt Bukater (Titanic z DiCaprio ;)). Najlepszy film z jej udziałem? Trudno wybrać, ale chyba zdecyduję się na Drogę do szczęścia, w którym wystąpiła w duecie (ponownie) razem z DiCaprio ;). 

źródło
Kolejna moja ulubienica – Helena Bonham Carter – świetna aktorka, wielce charyzmatyczna, której postacie po prostu żyją. Niekiedy stają się kultowe i tym samym przechodzą do historii. Do końca życia Bellatriks Lestrange z Harry’ego Pottera będzie miała jej twarz, gesty oraz ekspresję. Podobnie jak Madame Thénardier (Nędznicy), wielce utalentowana kulinarnie Pani Lovett (Sweeney Todd) czy szalona Czerwona Królowa (Alicja w krainie czarów). Nie wyobrażam sobie, by jakaś inna aktorka mogłaby zając jej miejsce – Jest niezastąpiona! Najlepszy film? Oczywiście wszystkie części Harry’ego z jej udziałem. ;) (Chociaż jako  Pani Lovett, Królowa Kier i  Madame Thénardier też była wspaniała. Och, jakie te wybory są trudne!)
Miejsce trzecie należy się Keirze Knightley. Mimo 28 lat potrafi wykreować wspaniałe postaci, przede wszystkim ujęła mnie jako Ginewra (Król Artur), Anna Arkadiewna Karenina, Elizabeth Bennet (Duma i uprzedzenie), Georgiana, Księżna Devonshire (Księżna), a także Elizabeth Swann w Piratach z Karaibów. Czekam z niecierpliwością na następne jej wielkie kreacje! Najlepszy film z jej udziałem – Zdecydowanie Anna Karenina.

źródło
Anne Hathaway w moim zestawieniu zajmuje czwarte miejsce. Moje serce podbiła jako Mia Thermopolis (Pamiętnik księżniczki), ale już totalnie mnie rozwaliła wcielając się w rolę Fantine (Nędznicy). Nie wolno zapomnieć o, może nie tak spektakularnych wcieleniach, pozostałych jej kreacjach np. Jane Austen (Zakochana Jane), Biała Królowa (Alicja w krainie czarów), Andrea 'Andy' Sachs (Diabeł ubiera się u Prady). Najbardziej podobała mi się w Nędznikach

źródło
Ostatnia z wyróżnionych przeze mnie aktorek – Emma Watson – dla mnie zawsze będzie Hermioną Granger, choć nie należy zapominać o jej innych wcieleniach: Sam (Charlie), Nicki (Bling ring) czy Pauline Fossil (Zaczarowane baletki). Z niecierpliwością wypatruję nowych filmów z jej udziałem. Najlepszy? Oczywiście Harry Potter ;D

W tym zestawieniu, podobnie jak wyżej, zabrakło miejsca dla równie cudownej Rachel McAdams. Więcej grzechów nie pamiętam (na razie!) ;)

A jacy są Wasi ulubieni z ulubionych? Czekam na Wasze typy! ;) Do napisania wkrótce!

3 listopada 2013

[#18] Podsumowanie 10/2013

źródło: We Heart It

Witajcie kochani!

I już mamy listopad. Nie mogę uwierzyć że to już za niecałe dwa miesiące będą święta! I sylwester! Wydawałoby się, że przed chwilą zaczynał się październik, a tu bum!

Muszę powiedzieć, że miniony miesiąc był dla mnie pod znakiem pracy i ogólnego ogarniania studiów, czytania, a nawet twórczego spędzania czasu (ostatnio nawet poszalałam i zrobiłam kilka bransoletek ;)). I oczywiście 14 październik, ważna data, bo urodziny bloga. Dla przypomnienia – wystartował konkurs i do tej pory wpłynęły (bagatela!) 3 zgłoszenia! Czyżby trudne zadanie, a może mało ciekawe nagrody? Wydawało mi się, że pytania nie są trudne, a nagrody naprawdę interesujące. Odsyłam Was więc TUTAJ, konkurs kończy się 14 listopada o g. 23:59.

Zanim przystąpię do comiesięcznego podsumowania, to się pochwalę. A co! Ktoś mi zabroni? ;) Zostałam wyróżniona w konkursie blogowym zorganizowanym przez Beatę Kobierowską i zdobyłam Na wysokim niebie autorstwa Danuty Awolusi. Zadaniem było tylko zadanie pytania autorce, a ona miała wybrać najciekawsze pytanie. Padło na mnie. Niezmiernie się cieszę, ponieważ baaardzo dawno niczego nie wygrałam. ;)

Jeszcze jedna rzecz mnie cieszy. Zepchnęłam wszystkie zaległe recenzje i teraz będą się pojawiać na bieżąco. A międzyczasie może jakieś urozmaicenia – wiem, obiecuję, obiecuję i nic z tego nie wchodzi. Postaram się w tym miesiącu jakieś posty wyczarować zupełnie niezwiązane z książkami. Chcecie zobaczyć, co robię? Może wrzucę zdjęcia kilku moich ostatnich, bransoletkowych tworów? Kto chce? Ręka do góry!

To będzie już ostatnia rzecz, o której chciałabym Was poinformować. Zaprojektowałam nowy wygląd bloga dzosefinn (zna tu ktoś taką? :P) i prawdopodobnie pojawi się on na początku grudnia. Cóż, jednym słowem – przejdę na jasną stronę mocy :D.

Aaa! Bym zapomniała! To będzie naprawdę ostatnia sprawa! Obiecuję (wiem, ze mi obiecanki nie wychodzą, ale się postaram! :)! Pisałam w poprzednim poście, że nawiązałam współpracę ze Światem Książki. Chyba wiadomość ode mnie do nowej Pani zawiadującej blogerami wpadła jej do SPAMu, bo odpowiedzi nie widać i nie widać. Po miesiącu uznałam, że tą jednorazową współpracę uznaję jako zakończoną (no chyba, że moja wiadomość się znajdzie). Trochę szkoda, bo ŚK to jedno z moich ulubionych wydawnictw. Ale cóż… Trzeba się cieszyć z tego, co się ma! :) Prawda?

A teraz przechodzę do podsumowania i stosiku nabytków, jak obiecałam! :D

♦ W tym miesiącu przeczytałam: 7 książek:
     1. FRANKOWSKA A.: Sny
     2. RAYBURN T.: Mroczna toń
     3. KOSTRZEWA M.: Miasto obłąkanych
     4. LODATO V.: Matylda Savitxh
     5. MOUS M.: Boy 7
     6. KOWALSKI T.: Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć
     7. STEPHANI C.: Kobieta, którą porwał wiatr

♦ Książka miesiąca: Szczerze to żadna nie zawładnęła moim sercem, ale najbliżej była książka Mirjam Mous Boy 7.

♦ Klapa miesiąca: brak

♦ Przeczytane strony: 2 251, co daje dziennie około 73 str. (Niewiele mniej, niż we wrześniu).

♦ Nabytki: 15 (ponownie stos do nieba ;))
     1. WATSON S.J.: Zanim zasnę
     2. MAUSZ J.: Motylek (od wyd. Novae Res)
     3. SZULC W.: Rysunek w sercu (j/w)
     4. BALCER G.: Kaśka, Katja, Catherine (j/w)
     5. TABOR A.J.: Twarda szkoła życia (j/w)
     6. TAYLOR L.: Córka dymu i kości (zakup własny)
     7. GREEN J.: Szukając Alaski (j/w)
     8. JOYCE R.: Niezwykła wędrówka Herolda Fry (j/w - antykwariat za całe 9 zł :D) 
     9. NIFFENEGGER A.: Żona podróżnika w czasie  (j/w - ten sam antykwariat - 5 zł :D) 
     10. AWOLUSI D.: Na wysokim niebie (nagroda)
     11. NESS P.: Siedem minut po północy (od wyd. Papierowy Księżyc)
     12. ASHTON B.: Podwieczność (j/w)
     13. PITCHER A.: Moja siostra mieszka na kominku (j/w)
     14. GENOWA L.: Lewa strona życia (j/w)
     15. McCAMMON R.: Magiczne lata (j/w)

     Uff… Ale wypisywania ;P A teraz zdjęcia - dwa, bo na jednym się nie zmieściły :( 



♦ Wyzwania:
     + Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 107,4 cm + 15,9 cm = 123,3 cm
     + 52 książki: 60 + 7 = 67
     + Z półki: 8 + 0 = 8 (niestety… :()

Tak to wygląda. Jestem bardzo zadowolona i nie wiem, co pierwsze pójdzie na ruszt... ;D Tego dowiecie się wkrótce, a ja wracam do Pani na Czachticach.

Do następnego! ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...