31 października 2013

STEPHANI Claus - "Kobieta, którą porwał wiatr"



Claus Stephani
Kobieta, którą porwał wiatr
(Blumenkind)

tł. Andrzej Was

Wyd. Nasza Księgarnia, 2012
s. 304
978-83-10-11896-7
cena: 34,90 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+2 cm)
+ 52 książki

ocena: 7/10

~*~

– Przemyśl to sobie – powiedział rabbi Mendel. – Ładna kobieta bez mężczyzny nie należy do nikogo, a to niekiedy znaczy, że do wszystkich należy. Taki już jej los. Jest jak liść na gościńcu. Byle podmuch może ją zwiać z obranej drogi, byle przechodzień zdeptać.

Wyzywająco piękne rude włosy Bajli są jej przekleństwem – ściągają pożądliwe spojrzenia rumuńskich wieśniaków i budzą zawiść ich żon. Aby uniknąć prześladowań, młoda Żydówka musi opuścić swój dom w Arwinicy. Po długiej tułaczce dociera do górzystej krainy Marmarosz, gdzie od wieków żyją obok siebie Niemcy i Żydzi, Ukraińcy i Rumuni, Węgrzy, Słowacy i Cyganie. Tymczasem wybucha druga wojna światowa. Z zachodu Europy nadciąga nowa groźba – wicher przemian, który porwie nie tylko Bajlę…

~*~

Zmieniając miejsce, w którym mieszkasz, zmieniasz swój los. [1]

Kobieta, którą porwał wiatr… Prawda, że bardzo przyciągający uwagę tytuł? Od razu nasuwa się szereg pytań, a mianowicie: kim jest ta kobieta?, co zrobiła, że ten wiatr ją porwał?, kim lub czym okazał się ten wiatr i jak to porwanie wyglądało?.

Z opisu wydawcy dowiadujemy się tak naprawdę niewiele, w porównaniu z tym, co zawiera ta pozycja. Potencjalny czytelnik, zapoznając się z notką myśli, że tą kobietą będzie piękna rudowłosa Bajla, którą życie zmusza do tułaczki, i poniekąd tak jest. W trakcie lektury pojawia się tajemnicza Niemka, która mogłaby konkurować z rudowłosą kobietą o to, która miała bardziej burzliwe życie.

Bajla Altmann jest żydówką, która przez swój specyficzny, wyjątkowy wygląd, przyciąga ludzkie spojrzenia. Wraz z mężem wiodą szczęśliwe życie na południu Europy – w Arwinicy. Niestety młodemu małżeństwu nie dane było istnieć „długo i szczęśliwie”. Wkrótce rudowłosa Bajla pozostaje sama i musi stawiać czoło temu, co przygotował dla niej los. Po okresie żałoby zmuszona jest opuścić miejsce, w którym miała wieść szczęśliwe życie obok kochającego męża. Można powiedzieć, że od tego momentu rozpoczyna się jej tułaczka. W żadnym z miejsc nie potrafi zostać na dłużej. Przeznaczenie pcha ją ku szybkiemu spełnieniu? Być może… Dodatkowo za nią zaczynają się ciągnąć, jak welon, przeróżne wspomnienia – te dobre, oraz te bardziej bolesne, z którymi niestety musi żyć. A to pociąga za sobą emocje. Pozytywne oraz negatywne. Jej tułaczka to pasmo nie tylko cierpienia i zagubienia, ale również chwil radości. Można powiedzieć, że Bajlę napędza nadzieja. Na lepsze jutro.

Drugą kobietą jest Maria (Mary), która dwadzieścia lat po II Wojnie Światowej wraca śladami do miejsc z dzieciństwa w poszukiwaniu prawdy o jej bliskich. W trakcie pobytu w rodzinnych stronach poznaje młodego mężczyznę, dla którego traci głowę. Okazuje się, że łączy go coś nie tylko z Marią, ale również… z rudowłosą Bajlą. Co łączy tych wszystkich bohaterów? Tego dowiedzie się z lektury Kobiety, którą porwał wiatr.

Historia osadzona jest w realiach przed, w trakcie i po II Wojnie Światowej. Bardzo przejmująco autor opisuje trudy życia w ówczesnych czasach, szczególnie tą tułaczkę Bajli. Ponad to przeważają klimatyczne opisy przyrody oraz miejsc, w których toczy się aktualnie fabuła. A wśród tego bohaterowie zmagający się z własnym losem i jak trafnie to autor ujął: los nie kieruje się tym, czego pragną ludzie [2]. W takim bądź razie czym? Niestety nie wiadomo…

Każda z wykreowanych postaci wywołuje w czytelniku inne emocje. Jednej kibicujemy, kolejnej współczujemy, a trzecią szczerze nienawidzimy i życzymy wszystkiego najgorszego. To bogactwo sprawia, że czytelnik nie nudzi się w trakcie jej lektury.

Kobieta, którą porwał wiatr porusza trudne tematy wywołujące wiele kontrowersji. Przede wszystkim II Wojna Światowa sama w sobie jest rozległym aspektem, w którym zawiera się szereg zachowań, między innymi odwaga przejawiająca się w podejmowaniu trudnych decyzji oraz nadzieja, a szczególnie wtedy, gdy poszukuje się swojej małej ojczyzny. A ponad to znajdziecie w Kobiecie… również porywy namiętności i wiarę, czyli po prostu zmagania człowieka z życiem.

Jest to bardzo wzruszająca, zaskakująca i fragmentami nawet szokująca historia. Powiem szczerze, że spodziewałam się po tej lekturze czegoś innego, niż to, co dostałam. Ale zdecydowanie mnie nie rozczarowała, choć początki były trudne. Najważniejsze jest to, ze dostałam dużą dawkę emocji, ba! Więcej! Ona wprawiła mnie w osłupienie! Jak ten los potrafi namieszać w ludzkim życiu – Kobieta, którą porwał wiatr jest tego bardzo dobrym przykładem.

Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to do początku. Miałam problemy z „wgryzieniem” się w fabułę. Na samym wstępie czytelnik zasypany jest wieloma trudnymi (do przeczytania) żydowskimi i rumuńskimi (?) zwrotami, których czytanie niekiedy tak spowalniało moje tempo czytania, iż przerywałam jej lekturę na kilka dobrych godzin. Ale im „dalej w las”, tym lepiej. Z pewnością nie żałuję wieczorów przy niej spędzonych. Wydaje mi się, że dla osób, które lubią obyczajówki z wojną w tle, będzie to dobra pozycja.

Powracając do pytań z początku. By na nie odpowiedzieć musicie do Kobiety… zajrzeć. Ja wiem (a raczej się domyślam :)) Polecam!

~*~

Jeśli chcesz czegoś od życia, po prostu po to sięgnij. [3]

Ludzkiego cierpienia nie wyrażą ani liczby, ani statystyki. [4]

___
[1] STEPHANI C.: Kobieta, którą porwał wiatr. Warszawa: Wyd. Nasza Księgarnia 2012, s. 4.
[2] Op. Cit., s. 40.
[3] Op. Cit., s. 54.
[4] Op. Cit., s. 222-223.

28 października 2013

KOWALSKI Tomasz - "Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć"


Tomasz Kowalski
Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć

Novae Res 2013
s. 379
978-83-7722-872-2
cena: 34,00 zł

Wzywania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,6 cm)
+ 52 książki

ocena: 7/10

~*~

Czy można w sposób zabawny mówić o śmierci, religii, sztuce, patriotyzmie i eutanazji? A o samobójstwie, alkoholizmie, literaturze i wampiryzmie? Otóż można. Wystarczy zajrzeć do baraku grabarzy z cmentarza parafii pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa w Ponurej. Tam przy papierosie i wódce Tomasz, Rysiek i Młody bez litości karcą świat pozorów, tandetnego blichtru, ludzkiej głupoty i hipokryzji. Świat, który niczym hordy dzikich barbarzyńców odzianych w szare garnitury próbuje wedrzeć się na teren cmentarza – tego ostatniego bastionu wolnej myśli, niczym nieskrępowanej refleksji zapominanego już prawa do nieprzejmowania się prędkością, z jaką kręci się nasza zadyszana Ziemia. W misji tej pomagają im goście i stali bywalcy cmentarza. Są to między innymi handlarz i wytwórca zniczy pan Ćwieczek, stara dewotka Walazkowa, wampir alkoholik Wincenty Murnałowski, mocno przechodzona prostytutka Madame Helikopter, Profesor Hieronim Baltazar Staroświecki oraz tytułowa Śmierć. Kpina i ironia z naszych narodowych wad i zwykłej ludzkiej małości wypełniają rozmowy grabarzy niczym trumna mogiłę. Dostaje się prawie wszystkim, nawet samemu Bogu. A za co jemu? Za wszystko.

W środku znajdziecie również nieco przydługą opowieść o Oblivokrach. Kim lub czym są rzeczone Oblivokry? Sami przeczytajcie i…strzeżcie się ich!

~*~

Śmierć kojarzy nam się jednoznacznie – z utratą bliskiej osoby, końcem doczesnego życia, rzeczą, przed którą nikt się nie wywinie (no chyba, że wcześniej dopadnie cię wampir), ale to i tak nie oznacza, iż Kostucha po ciebie nie przyjdzie.

Co byście zrobili, gdyby odwiedziłaby Was Śmierć? No właśnie „syf, kiła i mogiła”. Ale tak na poważnie? Okazuje się jednak, że może ona przyjść z całkiem innych pobudek, niż wskazywałaby na to jej profesja. Odwiedza ona grabarzy w mieście o bardzo niejednoznacznej nazwie, Ponurej, do wbrew pozorom wykształconych ludzi, którzy rozprawiają między sobą (i nie tylko) na wszelakie tematy. Od nauki, poprzez bogactwo (materialne i duchowe), miłości i na śmierci skończywszy. Co dziwne – a może i nie, tym sposobem Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć łamie stereotypy, jakoby grabarze nie mieliby nic ciekawego do powiedzenia. A cmentarz staje się miejscem żywych, ponieważ odwiedza tę trójkę mieszane towarzystwo i co ważne, z każdym z osobna nawiązują niezwykłe oraz ciekawe konwersacje.

Autor, można powiedzieć, że przy „okazji” zaznajamiania czytelnika z etyką grabarzy, uczłowiecza nam obraz Śmierci, co powoduje, iż nie jest ona taka straszna. Zachowuje jednak jej stereotypowy wygląd (kosa musi być), natomiast dodaje jej rozum legalnej blondynki 3 oraz ideologię zwaną tumiwisizm [1]. Grabarze traktują ją jak starą przyjaciółkę i nie czują w jej obecności lęku. Może, jak to ładnie autor ujął, przychodzi do nich (na razie) w celach rozrywkowych (jaką jest niewątpliwie rozmowa), a nie służbowo. Jednakże jestem wielce ciekawa jak nasi bohaterowie zareagowaliby, gdyby Kostucha odwiedziłaby ich tak, jak odwiedza innych – na poważnie? Tego czytelnik, niestety się nie dowie. Pozostaje gdybanie.

Obok tytułowych bohaterów, także wspomnianej przeze mnie wcześniej Śmierci, pojawiają się i inne postaci, które nie tylko swoim statusem oraz postawą skłaniają do rozmowy, ale również tym, iż łamią utarte stereotypy. Grabarze chętnie podejmują się tego wyzwania, jakim jest niestety wymiana zdań. Autor zaserwował czytelnikom tej powieści naprawdę duży wachlarz różnych charakterów. Każda z postaci jest na swój sposób ciekawa, intrygująca i wyjątkowa. Czasami bywa tak, że bohaterowie są bardzo do siebie podobni, można powiedzieć, że jadą na jednym twórczym wózku, a różnice pomiędzy nimi są znikome. W Rozmowach na trzech grabarzy… na szczęście (i dzięki Bogu!) tego nie ma, czytelnik może się delektować postaciami, jak w trakcie degustacji przepysznych ciast po konkursie kulinarnym.

Trochę posłodziłam, a teraz trochę posolę (w końcu równowaga musi być zachowana, czyż nie?). Niestety historia zawarta na kartach Rozmowy na trzech grabarzy… bardzo się dłuży. Miałam wrażenie, że czytam i czytam i skończyć nie mogę. Prawdopodobnie spowodowane to było mocno naładowaną dawką rozmów i wplecionych w nie praw, które chyba każdy szanujący się człowiek, zna:

Czasami, żeby coś zrozumieć, należy najpierw tego doświadczyć. Sama sucha informacja może nie wystarczyć. [2]

I jak można się domyślić, akcja nie jest dynamiczna. Cała fabuła sprowadza się do konwersacji, które niekiedy są bardziej inne mniej poważne. Czasami czułam przesyt, jednak to wynagradzali mi bohaterowie oraz ich rozsądne spostrzeżenia.

Jeśli chodzi o miejsca, w których konwersowano były naprawdę klimatyczne. Raz w baraku grabarzy przy lampce (i to dosłownie!) czegoś mocniejszego, innym razem w trakcie kopania nowej mogiły, a nawet przy śmietniku. To wszystko w połączeniu z tematami zajmującymi bohaterów naprawdę tworzyło jedną spójną całość. Powaga, żart, a nawet zdrowy sarkazm przeplatają się jak kolory w bańce mydlanej, kiedy promienie słoneczne na nią padają.

Moi drodzy, przyszli czytelnicy Rozmów…, czego możecie się spodziewać po tej lekturze? Na pewno nie jednego, a kilku (do kilkunastu) wieczorów z grabarzami, sporej dawki wszelakich emocji, ciekawych tematów poruszanych w trakcie wymiany poglądów oraz Śmierci, będąca niekiedy legalną blondynką 3 a także wampira (!), który zamiast czerwonego płynu woli ten bardziej przeźroczysty.

Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć pozwalają spojrzeć na świat trochę bardziej krytycznym i zdrowym okiem.

~*~

Wy śmiertelnicy macie to szczęście, że nie możecie przeginać w nieskończoność. [3]

[…] Religia to nie moda, moi panowie. Nie można stać się buddystą z dnia na dzień. Zapalić kadzidełko, powiesić jakieś idiotyczne dzwonki i kretyńsko się do wszystkich uśmiechać. Religia jest ściśle związana z miejscem, ludźmi i historią ich oraz ich przodków. To jest po prostu nieszczere. [4]

Śmierć z założenia nie jest ani dobra, ani zła. Po prostu jest i tyle. Tylko ludzie, biorąc pod uwagę szereg, często niczym ze sobą niezwiązanych okoliczności, widzą w czyimś zejściu tragedię, chaos i okrucieństwo lub długo oczekiwane przez rodzinę lub całe społeczeństwa błogosławione zrządzenie losu. [5]

~*~

Za możliwość lektury, dziękuję ślicznie wydawnictwu Novae Res



___
[1] KOWALSKI T.: Rozmowy na trzech grabarzy i jedną śmierć. Gdynia: Novae Res 2013, s. 15.
[2] Op. Cit., s. 66.
[3] Op. Cit., s. 212.
[4] Op. Cit., s. 215.
[5] Op. Cit., s. 224.

26 października 2013

MOUS Mirjam - "Boy 7"



Mirjam Mous
Boy 7
(Boy 7)

tł. Anna Stolarczyk

Dreams, 2012
s. 247
978-83-933831-9-1
cena: 34,90 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2 cm)
+ 52 książki

ocena: 8/10

~*~

Wyobraź sobie, że budzisz się na gorącej jak rozżarzony węgiel, wypalonej łące i nie masz pojęcia, dokąd podróżujesz, ani skąd pochodzisz. Nie wiesz nawet jak się nazywasz. Adresatem jedynej wiadomości na poczcie głosowej w twoim telefonie jesteś ty sam: – Cokolwiek się stanie, pod żadnym pozorem nie dzwoń na policję. Kim jesteś? Jak tu trafiłeś? Czy można zaufać komukolwiek, kiedy nie ufa się nawet samemu sobie? Wciągający thriller stawiający wiele pytań.

~*~

Wszem i wobec wiadomo, czym wyróżnia się gatunek ludzki. Posiada on umysł, a co za tym idzie rozum oraz wolną wolę. Dzięki tym cechom wybijamy się spośród pozostałych stworzeń i można powiedzieć, że świat stoi przed nami otworem. Możemy wszystko…

Poznajcie Boya 7. To nastolatek, który nic nie pamięta. Ani swojego imienia, ani swojej rodziny, a nawet tego, jakim sposobem znalazł się na tym pustkowiu. Pustkowiu? Jakim pustkowiu? Boy 7 ma chaos w głowie i wydaje mu się, że zaraz rozpadnie się ona na milion drobnych kawałeczków. Jednak przy sobie, na tym bezkresie ma plecak z metką. Boy 7. Znajdują się w nim różne przedmioty, które okazują się dla nastolatka nie tylko wybawieniem, ale również nadzieją. Stają się one punktem zaczepienia, od których zacznie swoją wędrówkę ku prawdzie. Droga rysująca się przed Boyem 7 okazuje się być nie tylko bardzo zawikłana, ale i przerażająca. Z każdym kolejnym krokiem przybliża się do spotkania z demonami z przeszłości. Czy Boyowi 7 uda się rozwiać mgłę zasnuwającą jego umysł i jaką rolę odegra w tym wszystkim kluczyk z numerem 31? Tego dowiecie się z Boy 7 Mirjam Mous.

Za lekturę tej książki zabrałam się w przerwie między egzemplarzami recenzenckimi. Początkowo, kiedy na rynku pojawił się Boy 7 nie zwracałam na niego szczególnej uwagi. Pozycja ta, jak wiele innych, trafiła na listę przyszłych lektur. Nie pomyślałabym, że ta przyszłość okaże się tak bardzo teraźniejsza.

Mirjam Mous wykreowała tak dobrze znany nam świat, XXI wiek, w którym technologia staje się być nieodzownym elementem naszej cywilizacji. Technologia sama w sobie nie jest zła, niekiedy ułatwia funkcjonowanie oraz sprawia, że duże problemy okazują się małym kłopotem, z którym można sobie poradzić w niecałe kilka minut. Czasami i sekund. Ale… Właśnie, technologia źle użyta staje się bardzo niebezpieczna. I właśnie tą ciemną stronę autorka porusza w swoim młodzieżowym thrillerze. Technologia jako środek manipulacji drugim człowiekiem, mająca na celu przyporządkować go według określonego zamysłu i planu. Ma sprawić, by człowiek stał się przedmiotem w rękach innej osoby bądź organizacji. Zniewolenie na rzecz władzy. Cooperationx

Boy 7 wciąga od samego początku i trudno się od jej lektury oderwać, a to za sprawą nie tylko przemyślanej i ciekawej fabuły, ale również kreacji głównego bohatera. Akcja powieści ani się nie dłuży, ani nie pędzi na złamanie karku. Miałam wrażenie, że moje gałki oczne włączyły piąty bieg, bo mój umysł bardzo chciał wiedzieć, jak dalej potoczą się losy tytułowego bohatera. W Boyu 7 znalazłam oprócz tajemnic, trochę sensacji, a przede wszystkim wiele emocji i prostych rozważań psychologicznych, które nie przygniatają czytelnika. Są rzucone, jak piasek na wiatr. Przez chwilę kołują w powietrzu, po czym opadają na ziemię. A ten obraz lecących drobinek zostaje. Dużym plusem książki jest także jej prosty przekaz. Lektura jej staje się dzięki temu odskocznią dosłownie od wszystkiego.

Jeśli chodzi o kreację bohaterów, to nie mam żadnych zastrzeżeń. Moim zdaniem autorka wykonała kawał dobrej roboty i z pewnością zajrzę do innych jej książek. Bardzo spodobał mi się nie tylko jej sposób prowadzenia akcji, ale również styl i zawarte emocje, które niekiedy kapią z kart Boya 7.

Zdecydowanie, wśród literatury dla młodzieży jest to coś nowego, świeżego i interesującego. Thriller młodzieżowy… Nie wiedziałam, że taki gatunek istnieje. Jeszcze kilka książek pani Mous, a ten gatunek stanie się jednym z moich ulubionych. Czas pokaże!

~*~

Dzięki wytrwałości nawet ślimak dotarł do Arki Noego. [1]

Nawet w towarzystwie można się czuć niezwykle samotnie. [2]

Jaki sens ma życie, jeśli nie do końca jest twoim własnym życiem? Jeśli twoje poczynania wyznacza ktoś inny. Jeśli ktoś inny dokonuje wyborów i za ciebie myśli. Wypełniasz rozkazy jak żołnierz, nawet jeśli są głupie lub niebezpieczne. Wolę być roślinką niż marionetką. Chcę sam decydować o sobie i popełniać własne błędy. Chcę odkryć, kim jestem, i kim mogę być. Chcę rosnąć, i oddychać, i płakać, i śmiać się, i czuć, że żyję. [3]

___
[1] MOUS M.: Boy 7. Rzeszów: Dreams 2013, s. 5.
[2] Op. Cit., s. 48.
[3] Op. Cit., s. 199.

23 października 2013

LODATO Victor - "Matylda Savitch"

źródło
Victor Lodato
Matylda Savitch
(Mathilda Savitch)

tł. Urszula Gardner

Książnica 2012
s. 301
978-83-245-7892-4
cena: 33,00 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,2 cm)
+ 52 książki

ocena: 7/10

~*~

"Chcę być okropna. Chcę robić złe rzeczy, bo niby czemu nie? "
Opowieść o dojrzewaniu.

Nastoletnia Matylda nie może zaznać spokoju od chwili śmierci starszej siostry Heleny, która zginęła pod kołami pędzącego pociągu. Po wypadku rodzice dziewczyn pogrążają się w emocjonalnym letargu. To ich sposób na wyparcie tragedii z pamięci. Matylda próbuje wyrwać rodzinę z otępienia. Chcąc zwrócić na siebie uwagę rodziców, staje się złośliwa i arogancka. Coraz bardziej nurtuje ją także zagadka śmierci Heleny. W poszukiwaniu wskazówek przetrząsa jej rzeczy osobiste, e-maile, ubrania, zeszyty. Kiedy to nie wystarcza, zdeterminowana Matylda podejmuje prawdziwe ryzyko, by dotrzeć do prawdy o tym, co wydarzyło się w życiu siostry.

~*~

Są takie historie, które z początku wywołują w czytelniku rozczarowanie. Spodziewają się czegoś innego niż dostają. Nie rozumieją stylu, zachowań bohaterów oraz świata, który dla nich autor wykreował. Wszystko na początku przygody z książką sprowadza się do magicznego słowa „nie”. Nie podoba mi się to, tamto, siamto. Często wydaje im się, że sięgnięcie po nią było „nieporozumieniem”. Ale do czasu…

Matylda Savitch opowiada historię zbuntowanej nastolatki. Szczególnie chce pokazać swojej matce, że nie podoba się jej zachowanie swojej rodzicielki. Wszelkimi sposobami stara się zwrócić uwagę na siebie i wydaje się Matyldzie, że złe postępowanie jej w tym pomoże. Tak rozpoczyna się jedna z najbardziej zaskakujących opowieści, jaką miałam przyjemność czytać.

Dlaczego tak bardzo bohaterkę irytuje zachowanie matki i poniekąd również i ojca? Odpowiedź na to pytanie jest niestety przykra. Matylda miała starszą siostrę Helenę. Miała… Mija powoli rok od jej śmierci i rodzina Savitch do tej pory nie może się otrząsnąć z tej tragedii. Ma się wrażenie, jakby ich życie nagle się zatrzymało, zostało zawieszone w próżni. A Matylda stara się rodziców zbudzić z tego letargu, by zaczęli, może nie od nowa żyć, ale by żyć dalej… Dalej, nie oznacza przecież zapomnieć…

Tytułowa bohaterka na kartach tej książki nie tylko stara się, po swojemu, wrócić do normalności, ale także chce znaleźć odpowiedzi na nurtujące ją pytania, związane głównie z jej siostrą. Z pozostawionych przez nią śladów okazuje się, że Matylda nie znała swojej siostry. Można z człowiekiem mieszkać pod jednym dachem całe życie i jednocześnie nie wiedzieć o nim zupełnie nic…

Po Matyldę Savitch sięgnęłam z czystej ciekawości. Szukałam książki, która porusza, w której znajdę coś nowego, zaskakującego, poniekąd psychologicznego, gdzie ważniejsze od akcji będą emocje oraz pewne idee. Matylda Savitch urzekła mnie nie tylko okładką, ale również opisem, szczególnie znajdującym się na jej lustrze:

Chcę być okropna, chcę robić złe rzeczy, bo niby czemu nie?

Bohaterka chciała być taka a nie inna, miała w tym postępowaniu ukryty cel, a ja chciałam się dowiedzieć jaki?

Dlaczego Matyldo chcesz taka być? Na szczęście odpowiedź na to pytanie otrzymałam z czego się bardzo cieszę i dzięki temu wszystkie jej, czasami niezrozumiałe działania nagle stają się ważne, niekiedy nawet niezbędnymi środkami do osiągnięcia Celu. Przez wielkie „C”.

Sposób prowadzenia fabuły jest bardzo specyficzny. Poznajemy świat Matyldy jej oczyma. Jest dojrzewającą nastolatką i decyzje, które podejmuje mogą początkowo nie przekonać czytelnika. Dlaczego to robisz, mogłaś przecież inaczej to zrobić. – wiele razy takie myśli przechodziły mi przez głowę, ale bohaterka nie za bardzo chciała mnie słuchać. W efekcie końcowym, moje zdziwienie rosło z każdym zdaniem, ponieważ okazywało się, iż Matylda jednak miała rację. Tak, jakby wiedziała co robić. Robiła wszystko, by urzeczywistnić swój Cel. Nie zaprzeczam, czasami jej zachowanie powodowało wzburzenie krwi w moich żyłach oraz nerwowe drganie powieki, ale jak już wcześniej wspomniałam „Cel uświęca środki”. Gdy jeszcze Cel nie był mi znany, nie mogłam bohaterki rozgryźć. Ostatnimi czasy natykałam się na książki, w których bohaterowie nie mieli nic do ukrycia. Może inaczej – byli przewidywalni. Matylda Savitch – nie.

Z pewnością jest to wyjątkowa lektura, której przesłanie może nie trafić do niektórych czytelników. Sama początkowo nie byłam przekonana, czy dobrze zrobiłam zabierając się za nią, ale w trakcie lektury wszystkie moje wątpliwości się rozwiały. Teraz nie wyobrażam sobie Matyldy Savitch napisanej standardowym językiem młodzieżowym. Dzięki trochę wymagającemu językowi opowieść ta nie stała się kolejnym czytadłem bez polotu, ale wartościową lekturą. A wszystko to przez wyższe Cele postawione przez bohaterkę oraz jej upór w ich spełnianiu.

~*~

Śmierć to swego rodzaju kawał. Trudno w nią do końca uwierzyć. [1]

Człowiek wie tylko o tym, co jest tu i teraz. Resztę trzeba sobie dopowiedzieć. [2]

Kiedy człowiek zgodzi się zostać sekretarzem Boga, nie może ot tak zrezygnować. Kiedy ma się zadanie do wykonania, trzeba je wykonać. Co z tego, że czuje się strach, trzeba go przemóc. [3]

Ale nie wszystko, co w sercu od razu musi być na języku. [4]

Każdy wiedzie podwójne życie. Życie między ludźmi i drugie, sekretne. [5]

Bo nikt nie wie, co nadchodzi. […] Przyszłość to największa tajemnica ze wszystkich i naprawdę, po co się do niej spieszyć? Może to wcale nie taka zła rzecz, kiedy ktoś kładzie człowiekowi dłoń na ramieniu i mówi Zatrzymaj się, proszę, zatrzymaj. [6]

~*~

Za możliwość lektury, dziękuję ślicznie Grupie Wydawniczej Publicat

___
[1] LODATO V.: Matylda Savitch. Katowice: Książnica 2012, s. 43.
[2] Op. Cit., s. 107.
[3] Op. Cit., s. 180.
[4] Op. Cit., s. 193.
[5] Op. Cit., s. 300.
[6] Op. Cit., s. 301.

20 października 2013

KOSTRZEWA Marta - "Miasto obłąkanych"


Marta Kostrzewa
Miasto obłąkanych

Novae Res, 2013
s. 309
918-83-7722-754-1
cena: 33,00 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,1 cm)
+ 52 książki

ocena: 6/10

~*~

Początkująca lekarka i jej pacjent. Dziennikarz, który wszystkim gardzi. Kurtyzana i profesor socjologii. Ludzie żyjący i martwi, o których nie sposób zapomnieć. A w tle miasto pochłonięte konfliktem między arystokracją a najniższymi warstwami społeczeństwa.

Daniela Lilia Różyc jest studentką psychiatrii oraz córką właściciela szpitala psychiatrycznego. Badając kolejne przypadki pacjentów cierpiących na choroby psychiczne, zastanawia się nad ludzkim determinizmem. Jak życie mieszkańców miasta zostało ukształtowane przez przeszłość, a minione wydarzenia w niezwykły sposób wpłynęły na ich charaktery, psychikę oraz sposoby postrzegania rzeczywistości?

~*~

Wyobraźcie sobie Miasto, w którym przyszłoby Wam żyć. Podzielone według stanu urodzenia, arystokracja zajmująca bogatsze dzielnice i biedota kłębiąca się na ich obrzeżach. A w powietrzu wyczuwa się narastające napięcie, które nieuchronnie przybliża Was do wielkiego wybuchu. W tym Mieście, każdy dzień wita Was nową dawką deszczu, wiatr na okrągło przenika przez Wasze ubrania do szpiku kości, natomiast szaro bure chmury na dobre zadomowiły się nad okolicą. Można by pomyśleć, że słońce przegrało walkę o panowanie na nieboskłonie… Z kolei na ziemi warte strumyki deszczówki wypełniają po brzegi przepełniające się studzienki ściekowe, wszyscy mieszkańcy szukający schronienia by przeczekać ten czas w swoich cieplutkich mieszkaniach, bądź w bramie pod lichym kartonem lub z gazetą nad mokrą już głową… Ot, szara rzeczywistość.

Tak właśnie prezentuje się obraz chyba każdego miasta jesienią, ale co trzeba podkreślić, nie zawsze. Autorka jednak postanowiła pójść tą ciemniejszą drogą, bardziej przygnębiającą pogodą i w niej osadziła fabułę. Jeśli chodzi o odzwierciedlenie akcji do pogody, to autorka trafiła w dziesiątkę. Wystarczy zapoznać się z opisami przyrody, by mieć rozeznanie, co czeka czytelnika w tej przygodzie z Miastem obłąkanych.

W tym dosyć ponurym Mieście żyje młoda kobieta – Daniela Różyc, która już od samego początku życia miała, można powiedzieć, z górki. A to przede wszystkim przez wysoki status urodzenia w szacownej rodzinie psychiatrów. Ojciec od maleńkości przygotowywał ją do pracy w tym rodzinnym zawodzie, w ten sposób ułatwiając jej start w dorosłość. Tą mocno stąpającą po ziemi bohaterkę poznajemy w momencie schyłku jej edukacji, kiedy to zostaje jej przydzielony chory, nad którym nie tylko ma się opiekować, ale również ukończyć swoją naukę. Tą osobą okazuje się mężczyzna, który wbrew pozorom ma jeszcze dużo do powiedzenia i co się później okazuje na tematy bardzo ciekawe. A to za sprawą odmiennych poglądów na życie w porównaniu do Danieli. Jednakże w trakcie tych sesji jej upór sprawia, że czytelnik ma jej emocje i myśli na tak zwanej tacy. Czy dobrze?

Pomiędzy tymi obowiązkami, młoda lekarka stara radzić sobie z otaczającą ją szarością dnia codziennego. W tej walce jednak nie jest sama. Ludzie ją otaczający, na swój sposób starają się jej pomóc, tym samym narzucając jej swoją wolę. Tylko jest jeden problem. Daniela nie życzy sobie takiej pomocy, przez co niekiedy wpada we wszelakie kłopoty, z których sama raczej by nie wyszła…

Jestem pod ogromnym wrażeniem stylu autorki. Bardzo dojrzały, momentami smacznie wyszukany, bogaty stylistycznie i niezwykle plastyczny język. Istny miód, nieoszlifowany diament. Przeczytałam ledwo kilka zdań i wpadłam w osłupienie. Nie mogłam uwierzyć, że tak pisze moja rówieśnica… Zaczęłam od stylu, ponieważ jest to największa zaleta Miasta obłąkanych. Co ciekawe, przy takim sposobie prowadzenia fabuły, wszystkie niedociągnięcia i mankamenty przestają mieć znaczenie. Dzięki temu, Miasto obłąkanych bardzo przyjemnie oraz szybko się czyta.

Jednym z mankamentów okazują się być sami bohaterowie. Odniosłam wrażenie, że są dosyć sztywni. Za mało ekspresyjni się dla mnie okazali i trochę bez wyrazu. Momentami byli nawet sztuczni. Daniela, niby mocno stąpająca po ziemi, a nie pokazywała tego zupełnie. Nie przekonała mnie, dodatkowo ta jej dziecięca jeszcze głupota. Choć w pewnym momencie wzbudziła podziw, przede wszystkim przez jej zaangażowanie we wszelakie sprawy i dziecięcą ciekawość. Daniela jest taką postacią, której w duszy jeszcze szaleje krnąbrne dziecko. Nic dziwnego, że otaczające ją osoby chcieli na nią wpływać. Na szczęście bardzo często towarzyszył jej nad wyraz dojrzały mężczyzna, dziennikarz, który sprawia wrażenie jej opiekuna oraz czasami nawet mentora. A raczej za takiego chce uchodzić w oczach swoich znajomych. Połączeni, Daniela i Konstanty, tworzą bardzo charakterystyczny duet, przywołujący na myśl znane pary takie jak Don Kichot i Sancho Pansa, czy też Sherlock Holmes i Mrs. Watson.

Kolejną sprawą, do której się przyczepię, to do tempa toczącej się akcji. By zilustrować Wam jakoś szybkość jej biegu, zastosuję porównanie do ruszającego ze stacji pociągu. Dopiero po przekroczeniu 200 stron coś ciekawego zaczyna się dziać, co na dłużej przyciąga uwagę czytelnika.

Plusem dla większości może się okazać otwarte zakończenie, jakie autorka zastosowała w Mieście obłąkanych. Niektórzy czytelnicy cenią sobie takie formy kończenia książki, jednakże ja czuję nie tyle, co niedosyt, co mam wrażenie, że historia nie została zamknięta, a ja nie przepadam za niedopowiedzeniami, szczególnie w literaturze sensacyjnej, kryminałach, czy thrillerach. Chciałabym się dowiedzieć, jak potoczył się ten wątek dalej.

Pokuszę się jeszcze o odwołanie do tytułu. Miasto obłąkanych – jeśli chodzi o klimat i budowanie tej całej otoczki dla fabuły to ten tytuł idealnie pasuje. Natomiast bohaterowie obłąkani? Zdecydowanie nie. Jednakże to szaleństwo ujawnia się w bezsensownej walce między stanami – arystokracji i biedoty. Napięcie również da się wyczuć pomiędzy idealistami i realistami, którzy również na łamach Miasta obłąkanych toczą swoją małą wojnę. Kto wygra? Kto przegra? Dowiecie się, a może i nie, zaglądając do niniejszej publikacji.

Ogólnie rzecz ujmując Miasto obłąkanych jest naprawdę intrygującą lekturą. Od pierwszego zdania wciągnęła mnie w tą niekiedy depresyjną rzeczywistość, przez co zapomniałam o upływającym czasie oraz przymknęłam oko na małe wady. Czy jest to lektura łatwa? Nie wydaje mi się, ale trudna w odbiorze też nie jest. Przekazuje to, co ma przekazywać i to jest najważniejsze.

~*~

Cel jawił mu się w jego umyśle w postaci wałęsającego się wzdłuż smutnych, ciemnych uliczek szczenięcia, niedostrzeżonego, płaczliwie popisującego. Potykało się ono o swoje własne łapki, z wolna umierało z głodu. [1]

Zrozumiał, że ludzie tracą samych siebie, by zapewnić sobie byt. [2]

Ale pomyśl sobie, jak można powiedzieć komuś, że się go kocha jeśli ten ktoś ma kogoś zupełnie innego w swoim sercu. […] Ale osoby, które tak kochają, muszą być nieszczęśliwe […]. To chyba największy ból, jaki może czuć człowiek. [3]

[…] liczy się tylko to, w co się wierzy […]. Więc jeśli w coś wierzysz, to nikt nie może ci tego odebrać. Wtedy nie liczy się to, co myślą i robią inni ludzie. [4]

Każdy człowiek jest inny, toteż nie powinniśmy na silę próbować kogoś zmieniać. [5]

Wsparcie najbliższych daje człowiekowi wręcz niewyobrażalną silę. [6]

~*~

Za możliwość lektury, dziękuję ślicznie wydawnictwu Novae Res


___
[1] KOSTRZEWA M.: Miasto obłąkanych. Gdynia: Novae Res 2013, s. 8.
[2] Ibid.
[3] Op. Cit., s. 135-136.
[4] Op. Cit., s. 136.
[5] Op. Cit., s. 225.
[6] Op. Cit., s. 262.

18 października 2013

RAYBURN Tricia - "Mroczna toń"

Tricia Rayburn
Mroczna toń
(Dark water)

tł. Anna Kloczkowska

Wydawnictwo Dolnośląskie, 2013
s. 389
978-83-245-9030-8
cena: 33,00 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,7 cm)
+ 52 książki

ocena: 7/10

~*~

Vanessa nie wie, jak przetrwać jako syrena. Kiedy wraca do nadmorskiego miasteczka na letnie wakacje, wszystko dookoła przypomina jej o byłym chłopaku, Simonie.

Wciąż go kocha i gotowa jest zrobić wszystko, aby naprawić dawne błędy. Czy powinna jednak pozwolić Simonowi zbliżyć się do siebie, skoro teraz może mu zadać tylko ból? Czy Simon odwzajemni jej uczucie, jeśli pozna straszliwą prawdę?

Vanessa musi podążać za swoją syrenią naturą, niezależnie od ofiar…

~*~

Wiedziałam od początku, że czasami trudno rozstawać się z przyjaciółmi, których poznaje się w trakcie lektury, a szczególnie wtedy, gdy kilkakrotnie towarzyszą nam w tej fascynującej przygodzie, jaką zdecydowanie jest czytanie…

Życie Vanessy Sands od śmierci siostry przyrodniej zmieniło się o 360 stopni. Zaczęła odkrywać siebie na nowo i tym samym musiała przystosowywać się do otaczającej jej rzeczywistości. Po ukończeniu liceum bohaterka wraca do Winter Harbor na wakacje, ale nie do znanego jej domu. Rodzina Sandsów postanawia rozpocząć życie na nowo, w nowym miejscu. A to spowodowane jest rozpaczliwą chęcią powrotu do normalności. Niestety same chęci w tym przypadku nie wystarczą, ponieważ los przygotował im jeszcze kilka niespodzianek. Dodatkowo przemiana Vanessy przekreśliła „normalność” w ich życiu, a sama bohaterka na zawsze pożegnała się z życiem zwyczajnej nastolatki.

W dwóch poprzednich częściach Vanessa nie tylko musiała stawiać czoła wszelkim wyzwaniom związanych ze swoją drugą naturą, ale również zająć się sprawami, które dojrzewającą nastolatkę nękają. Do tych problemów dochodzi jeszcze widmo utraconej siostry. I gdy kolejne lato nadchodzi, niestety zapowiada się ono podobnie jak poprzednie. Zapowiada się „powtórka z historii”. Tymczasem Vanessie powoli zaczyna brakować na to wszystko sił. A najgorsze jest to, że wcześniejsze sposoby przezwyciężania słabości jej natury powoli stają się niewystarczające. I w tym momencie w jej życie wkracza biologiczna matka, Charlotte, która ukazuje inne, czasami sprzeczne z jej poglądami, sposoby zdobywania energii. By uporać się z chaosem wywołanym przez przemianę, tajemnicami, oraz emocjami targającymi jej ciałem, Vanessa nie będzie miała wyboru. Tym bardziej, że fatum znów zawiśnie nad Winter Harbor i pokonanie go będzie się związało z dużą ilością energii…

Z każdym kolejnym zdaniem nieuchronnie zbliżam się do końca tej mrocznej, fantastycznej i wciągającej przygody rodem z mitologii. Trochę mi przykro, że to już koniec, jednakże pocieszam się myślą, iż w każdej chwili będę mogła wrócić do klimatycznych i niekiedy mrocznych zakątków Winter Harbor oraz do nowych przyjaciół, jakimi niewątpliwie stali się bohaterowie tego cyklu. W porównaniu do poprzednich części Mroczna toń mało się od nich różni. Niektóre postaci, grające główne role w Głębi tutaj usunęły się na dalszy plan, by zrobić miejsce nowym. Natomiast te spowodowały powiew świeżości w toczącej się akcji. To sprawia, że czytelnik nie jest przesycony, autorka świadomie dawkuje poznawanie nowych bohaterów i co najważniejsze – nigdy się nie powtarza. Na pewno nie są nudni i rozczarowujący.

Fabuła, w porównaniu do Syreny oraz Głębi, prowadzona jest wyjątkowo bardzo powoli. Trochę mi to przeszkadzało, ponieważ nie wciągała i tym samym traciłam zapał do jej czytania. Ale jak już przyjdzie, co do czego, to czytelnika wbija w fotel.

Język i styl powieści, jak łatwo się domyśleć, nie wiele się zmienia. Historia opowiedziana jest (prawie) na takim samym wysokim poziomie. Mimo, że całość kierowana jest głównie do młodzieży, to mam wrażenie, że powieść jest niezwykle dojrzała, nie tylko emocjonalnie, ale i artystycznie. Pierwszy raz z tym uczuciem się spotykam i jest ono niezwykle trudne do określenia. W każdym bądź razie nie jest to pierwsza z brzegu lektura dla nastolatek. Trochę starsi czytelnicy z pewnością znajdą w Mrocznej toni coś dla siebie.

Mimo, że był to ostatni tom, autorka zakończyła tę powieść podobnie, jak Głębię – otwartą. Może się mylę, ale mam dziwne wrażenie, że autorka kiedyś do niej powróci. A jeśli byłaby to prawda, to z chęcią powróciłabym do syren w wydaniu Trici Rayburn.

Podsumowując cykl o „Syrenach”, jest to wyjątkowa i niepowtarzalna lektura, która wybija się spośród innych książek dla młodzieży nie tylko mitologicznym wątkiem, ale również wysokim warsztatem. Bohaterowie niezwykle charakterystyczni i barwni, fabuła pomysłowa, niekiedy dłużąca, ale za to obfitująca w niespodziewane zwroty akcji. Jednym słowem – zaskakująca. Jak wiadomo jedne części z pewnego cyklu, czy serii są lepsze, a inne gorsze. Typowo pierwsze tomy są najlepsze. I w tym przypadku jest podobnie. Mroczna toń w porównaniu do poprzednich części jest zdecydowanie słabsza, co nie oznacza, że nie da się przez nią przebrnąć. Z lekkimi kłopotami, ale się da. Zdecydowanie Syrena, Głębia i Mroczna toń ukazuje niezwykłą historię, o której tak łatwo się nie zapomina.

Gorąco polecam!


~*~

- Co ze mnie za matka, że proszę cię możliwość załatwienie takiej sprawy? […]
- Taka, która dla dobra swojej córki niejednokrotnie wywróciła cale swoje życie do góry nogami. [1]

Jeśli nie widzisz czegoś każdego dnia, to wcale nie znaczy, że wymazujesz to możliwość pamięci.[2]

~*~

W serii Syrena ukazały się:
Syrena // Glębia // Mroczna toń

~*~

Za możliwość lektury, dziękuję ślicznie Grupie Wydawniczej Publicat


___
[1] RAYBURN T.: Mroczna toń. Wrocław: Wydawnictwo Dolnośląskie 2013, s. 52.
[2] Op. Cit., s. 108.

16 października 2013

FRANKOWSKA Anna - "Sny"

Anna Frankowska
Sny

Novae Res, 2013
s. 322
978-83-7722-893-7
Cena: 33,00 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,3 cm)
+ 52 książki

Ocena: 7/10

~*~

Kiedy Sasza zostaje wysłana do ośrodka dla trudnej młodzieży nie spodziewa się, że pobyt tam wpłynie na jej całe życie. Dziewczyna dowiaduję się, że potrafi spełniać ludzkie sny i dzięki swojej zdolności została wybrana, aby uratować świat przed zagładą. Z pomocą zakochanego w niej Adriana i, również obdarzonej nadprzyrodzonymi zdolnościami, Klaudii ucieka z ośrodka, by znaleźć kogoś, kto pomoże jej spełnić swoje przeznaczenie. Z pomocą nadchodzi Małgorzata – medium, wraz ze swoim synem Dominikiem. Dziewczyna musi zrobić wszystko, aby zdążyć. Zanim zegar wybije wyznaczoną datę, będzie musiała zmierzyć się ze swoimi uczuciami i zdecydować, czy jej serce należy do Adriana czy Dominika.

~*~
    
Chyba nie ma osoby na świecie, która by nie śniła lub nie nawiedziła jej mara senna. To zjawisko pojawia się niezapowiedzianie. Jest wiele czynników, które wywołują sny. Może to być zwykłe zmęczenie, bądź jakieś emocjonalne wydarzenie, które przekłada się na naszą podświadomość. Zdarza się, że śni nam się coś, a po przebudzeniu nie pamiętamy niczego. Ale zdarzają się i takie, które pamiętamy mimo upływającego czasu. Są jak wspomnienia nie dające się wymazać. Niektóre sny niosą ze sobą nie tylko „oczyszczenie umysłu”, ale również w ten sposób otrzymujemy pewne znaki, wskazówki lub ostrzeżenia. Nie wiem jak Wy, ale jeśli śni mi się obcinanie włosów, to wiem, że będę płakać. Jak zęby – ktoś z mojego otoczenia będzie chory. Żółty piasek – na śmierć, dowiem się o czyimś odejściu… A jakby tak się im przyjrzeć, większość z tych znaków są mało optymistyczne, a raczej dołujące. (Nie muszę dodawać, że się dosyć często spełniają). Ale powracając do Snów.

Sasza jest na pozór zwyczajną nastolatką u progu dorosłości. Po drodze gubi się i zaczyna tracić grunt pod nogami. Wszystko ją przytłacza i szuka ukojenia w różnych używkach. To prowadzi główną bohaterkę do rozstaju dróg. Albo będzie dalej żyć w niewoli narkotyków, alkoholu, papierosów, albo pójdzie się leczyć. Ku zaskoczeniu czytelników wybiera wolność. W podjętej przez nią drodze do zdrowia ma pomóc jej wyjazd do ośrodka dla trudnej młodzieży. Sasza nie zdaje sobie sprawy z tego, iż do rodzinnego domu wróci jako całkiem inna osoba…

W trakcie zmiany nastawienia do życia, nastolatka zaczyna poznawać siebie na nowo. Przy okazji odkrywa, że nie jest zwyczajną dziewczyną. Okazuje się, że potrafi… spełniać sny śniącego. I do tego została „wybrana”, by uratować świat przed zagładą, która zbliża się wielkimi krokami. A w tym bardzo trudnym zadaniu mają jej pomóc osoby spotkane w trakcie odzyskiwania wolności i kontroli nad własnym życiem, m.in. Klaudia, Monika, Adrian, Dominik, Małgorzata… Jednak może się na początku okazać, że nie wszyscy są tacy, na jakich wyglądają i nie jeden raz Sasza będzie musiała szybko otrząsnąć się z szoku.

Każda wykreowana przez autorkę postać spełnia powierzone jej zadanie. Można powiedzieć, że rysuje się tu pewien schemat bohaterów występujących w powieściach dla młodzieży: „nijaka” dziewczyna z mocami paranormalnymi, przyjaciółka na dobre i na złe, dwóch bardzo pociągających chłopaków (przy okazji wieczny dylemat, którego wybrać) oraz wrogowie. To, co zaskakuje, to przede wszystkim kreacja jednej z bohaterek, która okazuje się, że nie jest do końca taka, jaką siebie kreuje. Dzięki temu autorka wprowadza w fabułę coś nowego, dzięki czemu moja ocena tej książki z pewnością wzrasta.

Na kartach Snów autorka, a raczej bohaterki ciągle podkreślają przywiązanie do ludzi i czas jego trwania:

Nie znamy się długo, a spędziłyśmy ze sobą tyle czasu co nic. A jednak jesteś najlepszą przyjaciółką, jaką miałam … [1].

To pokazuje, że w książkach wszystko jest możliwe. Że zakochujemy się od pierwszego wejrzenia, bratnia duszka budzi się po spędzeniu kilku chwil ze sobą itp. Ja odebrałam te podkreślenia jako znak, że coś takiego nie istnieje i gdyby nie one, uznałabym nie tyle autorkę za „naiwną” (ta, jasne, przebywasz z osobą powiedzmy niecały dzień i uznajesz ją za bratnią duszę, stajecie się BFF), ale bohaterki za bezmyślne i puste osoby (W takich sprawach jestem bardzo sceptyczna). Ogólnie wszyscy bohaterowie wywarli na mnie pozytywne wrażenie z wyjątkiem głównej postaci, czyli Saszy, którą momentami miałam ochotę rozszarpać. Nie wiem czemu, ale od razu skojarzyła mi się kolejna „gwiazdka literacka”, czyli Bella Swan. Sasza Zachowuje się dla mnie wprost nie do zaakceptowania (szczególnie przy roztrząsaniu „kogo wybrać na chłopaka”).

Jeśli chodzi o akcję, to podobnie jak bohaterowie, jest bardzo dynamiczna i co najważniejsze w tego typu literaturze – zaskakująca. Nie raz siedziałam z buzią otwartą oraz pytałam siebie samej, czy to prawda? Czy to naprawdę autorka napisała? Trudno aktywnego czytelnika zaskoczyć, więc tym większe dla autorki z mojej strony, uszanowanie. Plusem z pewnością są również opisy (SPOILER) końca świata i ośrodka dla trudnej młodzieży. Dodatkowo prosty i mało wymagający język pozwala szybko wniknąć w toczącą się akcję i nie wiadomo kiedy, książka dobiega końca. Tak naprawdę Sny to jeden wielki worek sprzecznych emocji. Jedna rzecz mi się podoba, a następna odrzuca. Za chwilę dzieje się coś, co wprawia mnie w osłupienie, aby za moment móc przewrócić oczyma. I tak w kółko.

Sny Anny Frankowskiej okazały się (nie)typową paranormalną powieścią kierowaną do młodzieży, ale wydaje mi się, że nie tylko do niej. To, co ją wyróżnia na tle innych, to przede wszystkim fakt, że to dzieło polskie. Nie spodziewałam się, że polski autor, a raczej jego książka może mnie tak bardzo zaskoczyć (i to pozytywnie) oraz jednocześnie tak mocno wciągnąć. I to niejednokrotnie! Kolejną rzeczą, którą znajdziecie w Snach to niespodziewane zwroty akcji. Jestem pod wrażeniem, jak autorka sprawnie lawiruje między poszczególnymi wydarzeniami i tworzy jedną spójną całość. To, co mi przeszkadzało, oprócz zachowania głównej bohaterki, to młodzieżowy slang typu „chłopacy”. Poza tym nie mam jako takich zastrzeżeń. Naprawdę warta chwili uwagi.

~*~

Za możliwość lektury, dziękuję ślicznie wydawnictwu Novae Res



___

[1] FRANKOWSKA A.: Sny. Gdynia: Novae Res 2013, s. 177.

14 października 2013

2 urodziny bloga: KONKURS!


źródło
     Witajcie kochani!

     To właśnie dziś, dokładnie dwa lata temu, czyli 731 dni temu, a jeszcze dokładniej 17544 godzin temu mój blog zaistniał w sieci. Wraz z tą stroną przebyłam naprawdę drugą drogę, niekiedy rewolucyjną, żeby dzosefinn.blogspot.com była taką, jaką właśnie oglądacie.

     Od zeszłego roku wiele się zmieniło. Przede wszystkim odważyłam się publikować swoje recenzje, nie chować ich do szuflady, a co najważniejsze przełamałam swoje lęki, jeśli chodzi o współpracę na płaszczyźnie recenzent-wydawnictwo. A to wszystko dzięki pewnej kochanej osóbce, u której wygrałam pewną książkę w jakimś konkursie. Chciałabym jej bardzo podziękować za dawkę odwagi, którą dała mi nieświadomie w trakcie miłego spotkania w klimatycznej kawiarni i która jednocześnie towarzyszy mi do dnia dzisiejszego. Bardzo, bardzo Ci dziękuję. Jesteś moim guru!

     Przez ten caluśki rok, od października ubiegłego roku, do 2013 nawiązałam kilka owocnych współprac (jedna z nich na razie z wielkim znakiem zapytania). Chciałabym przy tej okazji podziękować również wydawnictwom (a przede wszystkim przesympatycznym pośrednikom) za okazane zaufanie! Jest to dla mnie bardzo cenne i mam nadzieję, a raczej będę robiła wszystko, by Was nie rozczarować. Z ręką na serduchu!

     I przede wszystkim chciałabym podziękować Wam, drogim czytelnikom tego bloga. Jak pewnie większość z Was (bo też blogerzy ;)) wie, jak czasami trudno jest pogodzić obowiązki z pisaniem. I momenty, gdy czarna dziura wypełnia umysł i nie wiecie jak zacząć pisać recenzję. Zrozumiałą dla przyszłych odbiorców. Może i nie zdajecie sobie z tego sprawy, ale bardzo mi pomagacie, nie tylko jako ukryci obserwatorzy, ale jako aktywnie komentujący. Szczególnie tym ostatnim chciałabym podziękować. Mimo, że jest Was garstka, każde słowo jest dla mnie złotem. Dziękuję za wszystkie rady, pochwały oraz słowa krytyki! Aby się Wam jakoś odwdzięczyć za trud i poświęcony czas (co to za czas, 5 czy 10 minut na recenzję? ;)) postanowiłam zorganizować konkurs. Tak! ;)

     Jako, że dzosefinn.blogspot.com obchodzi 2 urodziny, postanowiłam wyłonić dwóch laureatów. Żeby nie przedłużać zapraszam do zapoznania się z regulaminem konkursu:

     1. Organizatorką konkursu jest Dzosefinn, autorka niniejszego bloga, tj. dzosefinn.blogspot.com.
     2. Nagrody sponsoruje Dzosefinn, które pochodzą z prywatnej biblioteczki organizatorki.
     3. Konkurs trwa od 14.10.2013 do 14.11.2013.
     4. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone najpóźniej do 21.11.2013.
     5. Nadesłane prace będą oceniane przeze mnie, oraz moje doradczynie (w składzie 4 osoby). Decydujący głos oczywiście należy do mnie. 
     6. Do konkursu mogą przystąpić osoby mieszkające tylko na terenie Polski.
     7. Zwycięzców o wygranej poinformuję drogą elektroniczną.
     8. Laureaci mają 3 dni na przesłanie danych do wysyłki. W przypadku braku kontaktu zostanie wyłoniony inny zwycięzca.
     9. Nagrody zostaną wysłane do 5 dni od otrzymania danych korespondencyjnych.
     10. Nie jest to wymagane, ale byłoby mi miło, gdybyście stali się obserwatorami mojej strony. :) 

     Prezentacja nagród czyli to, co mole książkowe lubią najbardziej ;). Do zgarnięcia jest:

źródło: Zaczytani

1. Pod skrzydłem anioła Hanny Babińskiej (+ bransoletka handmade by Dzosefinn ;)) – RECENZJA
lub

źródło: Empik

2. Błękitne lato Danuty Korolewicz (+ bransoletka handmade by Dzosefinn ;)) - RECENZJA

     By zgarnąć Pod skrzydłem anioła należy odpowiedzieć na pytanie:

1. Wyobraź sobie, że jesteś Aniołem Stróżem. Kim się opiekujesz, kto jest Twoim podopiecznym? Jak on odczuwa Twoją obecność i przede wszystkim, jak sobie radzisz z opieką nad nim?

    Jeśli wolisz wygrać Błękitne lato, wystarczy, że odpowiesz na pytanie:

2. Wiem, że lato dawno już za nami, ale chciałabym, żebyście na chwilę wrócili do tego beztroskiego czasu. Zamknij oczy i… napisz mi, jak zinterpretowałbyś/zinterpretowałabyś tytuł „Błękitne lato”?

    Zgłaszacie się oczywiście w komentarzach od TYM postem, a zgłoszenie powinno wyglądać następująco:

1. Adres email (obowiązkowo)
2. Obserwuję: Tak/Nie (nie wymagane choć byłoby mi bardzo miło ;))
3. Banner: Tak/Nie (j/w)
4. Odpowiadam na pytanie: 1 lub 2 (obowiązkowo)

    To by było na tyle. Trzymajcie się ciepło i wypatrujcie recenzji książki Anny Frankowskiej – Sny.


POWODZENIA! ;)

12 października 2013

Light Move Festival Łódź 2013

źródło: Zielona Łódć

Witajcie kochani!

Piszę do Was zupełnie niezapowiedzianie, można powiedzieć, że pod wpływem impulsu. Właśnie w ten weekend w Łodzi trwa Light Move Festival (11.10 – 13.10). Jest to trzecia edycja, a o ironio byłam na nim dopiero w tym roku i już żałuję, że przegapiłam wcześniejsze... Ale powracając do tematu. W niniejszym poście możecie zobaczyć, co w tym roku przygotowano dla łodzian w ramach tegoż festiwalu. Byłam wczoraj ze znajomymi, zobaczyłam i ... się zakochałam! Cóż mogę powiedzieć, najbardziej podobała mi się grafika na Muzeum Archeologiczno-Etnograficznym. Na kościele było bardziej klimatycznie, natomiast muzyka wkomponowana do pokazu na ratuszu wprost mnie oczarowała. A z czego jestem najbardziej szczęśliwa, to fakt, że mieszkam "rzutem beretem" od Placu Wolności, więc nawet siedząc w domu słyszę mruczenie basów i muzyki. Wrażenia po obejrzeniu wprost nie do opisania. Nie przedłużając mojego wywodu, zapraszam do obejrzenia filmiku (który znalazłam na portalu youtube.pl). Ciekawskich odsyłam na stronę festiwalu - KLIK

     PS: Właśnie słyszę, że rozpoczynają/ otwierają drugi dzień festiwalu ;)

~*~
The best of...


I jak wrażenia? ;)

10 października 2013

KAPTUR Mateusz - "Sprzedawca papieru"

źródło: Zaczytani
Mateusz Kaptur
Sprzedawca papieru

Novae Res, 2013
s. 181
978-83-7722-879-1
Cena: 24 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 1,3 cm)
+ 52 książki

Ocena: 5/10

~*~

     Główny bohater, mol książkowy będący u progu dorosłości, przypadkiem natyka się w gazecie na ogłoszenie pracy, przez które to Wydawnictwo Paraliterackie poszukuje młodych i bystrych ludzi na sprzedawców literatury. Zaintrygowany maturzysta, niemogący się zdecydować, czy wybrać drogę kształcenia naukowego czy od razu zacząć pracę zawodową, odpowiada na ogłoszenie i zostaje, ku swojemu zaskoczeniu, zaproszony na rozmowę. Przeprowadza ją bardzo „zaangażowany” szew wydawnictwa, który tłumaczy intrygującą nazwę spółki, opowiada szybko, jak wygląda ta „misja”, o którą bohater się stara, a następnie z marszu posyła go na dzień próbny, czyli towarzyszenie Najlepszemu Sprzedawcy przy pracy. Bohater ma niepowtarzalną szansę skonfrontować swoje młodzieńcze ideały i wyobrażenia o świecie, odbywając podróż do pewnego anonimowego miasteczka.

~*~

     Nie lubię ludzi, którzy zaczepiają przypadkowych przechodniów lub chodzą po domach i oferują różne dobra materialne czy usługi. Wciskają niepotrzebne rzeczy, wmawiając przy tym, że bez tego w dzisiejszych czasach nie można się obejść, lub tego właśnie w życiu było nam potrzeba. Niektórzy z nas, w tym oczywiście ja, prześmiewczo sobie myśli „o boże, więc jak mi się udawało do tego czasu bez tej rzeczy obchodzić?”. Jeśli funkcjonowałam przed pojawieniem się na rynku tego przedmiotu, to i bez niej się obejdę. Czy wierzycie i nabieracie się na te ich sztuczki marketingowe? Jeśli tak, to zapraszam do zapoznania się z niniejszą recenzją, a następnie ze Sprzedawcą papieru.

     Jak łatwo się domyślić, po tym rozbudowanym wstępie, Sprzedawca papieru ukazuje historię dziewiętnastoletniego Tobiasza, który jest nie tylko tegorocznym maturzystą, ale również… molem książkowym. Chłopak przypadkowo natrafia na ogłoszenie dotyczące pracy w wydawnictwie. Zaintrygowany ofertą i pod wpływem impulsu umawia się na spotkanie z prezesem firmy. I tak Tobiasz poznaje pracę od strony teoretycznej, przy czym nie tylko on zaczyna mieć mentlik w głowie, ale również i czytelnik. Do tego dyrektor proponuje mu spędzenie jednego dnia z Najlepszym Sprzedawcą z wydawnictwa paraliterackiego. Ten zabieg ma pomóc Tobiaszowi w podjęciu decyzji o zatrudnieniu w tej firmie. Dzięki temu, Tobiasz poznaje nie tylko tajniki sprzedaży, ale również różnych odbiorców, którzy podobnie jak my, szuka pomocy w otaczającej ich rzeczywistości. I w tym momencie zjawia się Najlepszy Sprzedawca, podobnie jak „Superbohater”, który przychodzi do nich z najlepszym lekarstwem na ich bolączki. I dodatkowo by uzmysłowić „zagubionym w świecie” ludziom, że książka jest w tym przypadku najlepszym rozwiązaniem. Ale czy naprawdę nim jest?

     Muszę przyznać, że dobrze się ta opowieść zaczęła. Na wstępie pomyślałam, że to historia napisana z potencjałem. Niebanalna. Nieprzeciętna. Nie tylko przez wyszukany i zawiły język, ale również przez poruszane problemy dnia codziennego. Przede wszystkim Sprzedawca papieru ukazuje jak można człowiekiem manipulować, by odnieść samemu sukces. I to tylko za pomocą słów, wykorzystując przy tym ich sytuację życiową. A co jest w tym najsmutniejsze, to fakt, że ludzie są bardzo łatwowierni. Człowiek będący na zakręcie, jeśli ma mu to pomóc, uwierzy we wszystko, nawet w magiczną moc książek. Choć nie przeczę, że te przedmioty mogą przynieść pewne rozwiązania, podnieść na duchu, ale pod warunkiem, że literatura jest dobrana indywidualnie do osoby, borykającej się z konkretnym problemem. Natomiast książki, które Najlepszy Sprzedawca proponował upatrzonym „ofiarom” sprawiają wrażenie raczej „podejrzanych”, niż pomocnych. W niniejszej pozycji została jeszcze poruszona sprawa pieniędzy. Liczy się ilość sprzedanych egzemplarzy, niż rzeczywista pomoc.

     Bohaterowie, pojawiający się w Sprzedawcy papieru są bardzo różnorodni. Szkoda tylko, że autor większość potraktował stereotypowo i nadał im cechy naprawdę mało pozytywne. Przez to czytelnikowi niekiedy może się zrobić ich żal.

     Jeśli chodzi o akcję, to momentami niemiłosiernie się dłuży. A w szczególności wtedy, gdy Najlepszy Sprzedawca czarował swoich klientów. Bezlitosny i bezduszny. Czekałam na moment, gdy ktoś z upatrzonych przez Jonasza (bo takie imię nosi ów sprzedawca)  nie da się zauroczyć, niestety nie doczekałam się tego momentu. Ale doczekałam się za to innej, równie budującej sytuacji jak ta, którą przed momentem opisałam. O jakiej piszę? Musicie się sami przekonać, sięgając po Sprzedawcę papieru.
    
     Ostatni rozdział jakoś najbardziej do mnie przemówił. Bo pokazuje on prawdę o młodych ludziach po studiach, przede wszystkim bez perspektyw na godne życie. Tyle tylko, że my, młodzi możemy wyjechać i nam się chce kreować naszą przyszłość. A co z ludźmi, którzy dostali wypowiedzenie, a swoje najlepsze lata mają za sobą i dodatkowo, do emerytury zostało im kilka lat?

     Szczerze powiedziawszy, po przebrnięciu przez Sprzedawcę papieru miałam taki sam mentlik w głowie, jak Tobiasz. To, co zdecydowanie przemawia „za” tą pozycją, to poruszony w niej temat – manipulacji i wpływanie na osoby z równymi problemami. Jestem przekonana, że po jej lekturze większość nie będzie tak skłonna wierzyć ludziom pokroju Jonasza. Drugim plusem jest poczucie humoru głównego bohatera, dzięki któremu tą pozycje daje się przetrawić. Gdyby nie ono, chyba nie dokończyłabym jej lektury. Minusy? Dłużąca się akcja i ten irytujący Najlepszy Sprzedawca. Jednakże warto po nią sięgnąć.

~*~

     Jedyne, co mnie właściwie wyróżniało wśród rówieśników, zarówno z kręgu rodzinnego, jak i później szkolnego, to ponadprzeciętna pasja do druku, która nie mogła nie przerodzić się w miłość do książek. [1]

     [o czytaniu]
Moje wymagania rosły i przestałem zadowalać się również obficie ilustrowanymi czasopismami mojego ojca, chowanymi przez niego ukradkiem w kominach dolnych głośników. Czasopisma te, choć poświęcone kobiecej modzie, prezentowały zadziwiająco mało ubrań. [2]

     Kto wie, którą drogą do kobiecego serca, niech podniesie rękę. [3]

     A czy to nam w smak czy też nie, pieniądze stanowią nieodłączną część naszego życia. [4]

     Kiedy wypłacam pieniądze po wypłacie, nie mogę nazwać tego inaczej niż iluzją…przykrą w odbiorze zresztą. [5]

~*~ 
Za możliwość lektury, dziękuję ślicznie wydawnictwu Novae Res!



___
[1] KAPTUR M.: Sprzedawca papieru. Gdynia: Novae Res 2013, s. 6.
[2] Op. Cit., s. 8.
[3] Op. Cit., s. 63.
[4] Op. Cit., s. 86.
[5] Op. Cit., s. 134.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...