30 września 2013

JAMES E.L. - "Nowe oblicze Greya"

źródło: Sonia Draga
E.L. James
Nowe oblicze Greya
(Fifty shades freed)

tł. Monika Wiśniewska

Sonia Draga, 2013
s. 686
978-83-7508-596-9
Cena: 39,90 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 4,2 cm)
+ 52 książki

Ocena: 8/10

~*~

Ich przypadkowe spotkanie dało początek fali namiętności, która z czasem wcale nie osłabła. Wspólna codzienność okazała się nie lada wyzwaniem, któremu Anastasia i Christian dzielnie stawiają czoła w imię ich łączącego uczucia. Kochankowie wciąż dryfują po wzburzonym morzu uczuć, targani namiętnością i rozterkami, niepewni tego, co zgotuje im los. Czy najbardziej poruszająca historia miłosna ostatnich lat zakończy się nappy endem? A może piękny sen przerwie były szef Any, Jack Hyde, który poprzysiągł zemstę i cierpliwie czeka na swoją szansę?

~*~

Chyba każdy czytelnik słyszał o trylogii „Pięćdziesiąt odcieni”, a na pewno o literackim bożyszczu kobiet, wykreowanym przez E. L. James (Erikę Leonard) - Christiana Greya. W naszym, czytelniczym świecie, cała seria wywołuje naprawdę bardzo skrajne emocje. Niektórzy uważają ją za porażkę, inni, że nie robi na nich wrażenia, a pozostali są pod jej ogromnym wrażeniem. W jakiej ja grupie się znajduję?

Zacznę od tego, że każdy ma prawo mieć swoje zdanie i nie znaczy to, że po tej osobie można „jechać” jak na koniu, a to za sprawą różnicy zdań. Kulturalni ludzie szanują opinie innych i swoje uczucia względem osoby o odmiennych poglądach zachowują dla siebie. A nie zarzucają jej głupoty i nie „uświadamiają jej, że źle myśli” (np. Jak można napisać, że to jest świetna książka? Itd., itp.…), więc jeśli zaświerzbi Cię drogi czytelniku język i będziesz chciał mi „dać popalić" za to, że to mi się podobało, a Twoim, zdaniem nie powinno”, to sugeruję użyć opcji „zamknij” i zapraszam, jak pojawi się recenzja innej, mniej burzliwej książki. Dziś natomiast skupiam swoją uwagę na Nowym obliczu Greya, oraz podsumowaniu całej tej serii.

Gdy pojawiła się na rynku książki ta trylogia wątpiłam, że po nią sięgnę. (Ale nie mogę ukryć tego, że od samego początku wzbudziła moją ciekawość). Jednak za namową moich przyjaciółek postanowiłam się za nią zabrać. Dlaczego? Po prostu zwyciężyła we mnie ciekawość. Chciałam sprawdzić, czy naprawdę jest taka, jak o niej mówią. Czy rzeczywiście warta jest tego szumu, który się wokół niej wytworzył. Pierwsza część przyjęła się w moim umyśle dość dobrze. Wywołała we mnie skrajne emocje, co mi się niekiedy nawet podobało. Jednakże momentami, była dla mnie za bardzo wyuzdana. Ale mimo wszystko polubiłam wykreowanych przez panią James bohaterów i postanowiłam dokończyć tę serię. Druga część, podobnie jak pierwsza, bardzo rozchwiała mnie emocjonalnie. Trudno mi było powiedzieć, dlaczego? Może dlatego (oprócz tej manii seksualnej), że sama chciałabym spotkać takiego mężczyznę, jakiego wykreowała pani James. Wiem, może i plotę głupoty, ale piszę to, ponieważ chcę i nikt mi nie zabroni. A ten, trochę „wyidealizowany świat” jest prawie jak bajka. A przecież życie nią nie jest. Takie historie po prostu nie mają miejsca.

Dużo musiało upłynąć czasu, bym zakończyła tę trylogię. Ostatni tom przedstawia historię już po ślubie Any i Christiana Greya. Spędzają oni miesiąc miodowy na podróżach po Europie Oczywiście było to jedno z marzeń Any, a jej mąż ochoczo przystąpił do ich realizowania. Po tym czasie przeznaczonym dla młodych, powracają do szarej rzeczywistości, w której tak różne charaktery muszą znaleźć kompromis. A jak często bywa, ścieranie się dwóch osobowości pociąga za sobą różne konsekwencje.

Nie wiem, dlaczego tak bardzo mnie ta historia wciągnęła, jednakże zaistniałą sytuację wiążę nie tylko z barwnymi i (mało realistycznymi) bohaterami, ale przede wszystkim z tempem akcji i wbrew pozorom pomysłowością autorki. Jednakże całą tą historię odbieram jako bajkę, która w życiu nie ma prawa zaistnieć. Może tutaj należy szukać wyjaśnienia fenomenu Greya? Może dlatego wiele kobiet uważa ją za objawienie, ponieważ daje złudną nadzieję i pobudza ich wyobraźnię? Koloryzuje ich szaro-bury świat? Przerywa rutynę dnia codziennego? I każdym bądź razie książka moim zdaniem jest pewnym zjawiskiem. Bo naprawdę wzbudza w czytelniku przeróżne odczucia.

Powiem szczerze, cieszę się, że te „bestsellery” mam już za sobą. Naprawdę, ta lektura wywołała we mnie tyle sprzecznych emocji, że do tej pory nie potrafię ich ogarnąć. Chyba mimo, większości pozytywnych cech, jest dla mnie ona literaturą zabójczą. W trakcie czytania jest w „miarę”, ale po wszystkim, czuję się jakby wyprana z wszelkich uczuć. Chyba jednak nie dla mnie są tego typu książki, ponieważ sieją w mojej duszy spustoszenie. Następnym razem dwukrotnie zastanowię się, zanim sięgnę po kolejny erotyk. Książka sama w sobie jest w porządku, język prosty i przyjemny, ale to, co później się ze mną dzieje… - zdecydowanie nie i nie chcę ponownie się czuć tak, jak po tej lekturze.

~*~

Zawsze ranimy tych, których kochamy. [1]

Z dziećmi tak już jest. Dzięki nim postrzegasz świat w innym świetle. [2]

~*~

W trylogi Odcienie szarości ukazały się:
Pięćdziesiąt twarzy Greya // Ciemniejsza strona Greya // Nowe oblicze Greya

___
[1] JAMES E.L.: Nowe oblicze Greya. Katowice: Sonia Draga 2013, s. 555.
[2] Op. Cit., s. 555.

26 września 2013

ZAFÓN Carlos Ruiz - "Książę Mgły"

Carlos Ruiz Zafón
Książę Mgły
(El Príncipe de la Niebla)

tł. Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodan Casas

Muza, 2010
s. 198
978-83-7495-837-0

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 1,5 cm)
+ 52 książki
+ Z półki

Ocena: 6/10

~*~

Rodzina Carverów (trójka dzieci, Max, Alicja, Irina, i ich rodzice) przeprowadza się w roku 1943 do małej osady rybackiej na wybrzeżu Atlantyku. Zamieszkuje w domu niegdyś należącym do rodziny Fleishmanów, których dziewięcioletni syn Jacob utonął w morzu. Od pierwszych dni dzieją się tutaj dziwne rzeczy; nocą w ogrodzie Max widzi posągi artystów cyrkowych. Dzieci poznają kilkunastoletniego Rolanda, od którego dowiadują się różnych ciekawostek o miasteczku i o zatopionym pod koniec pierwszej wojny statku. Poznają także dziadka Rolanda, latarnika Victora Kraya. To on opowie im o złym czarowniku, Księciu Mgły, który gotów jest spełnić każdą prośbę lub życzenie, ale w zamian żąda bardzo wiele. Coś, co dzieciom wydaje się jeszcze jedną miejscową legendą, szybko okazuje się zatrważającą prawdą.

Musiało upłynąć wiele lat, by Max zdołał wreszcie zapomnieć owe letnie dni, podczas których odkrył, niemal przypadkiem, istnienie magii.

~*~

Niewątpliwie każdy szanowany czytelnik słyszał o Carlosie Ruisie Zafón. Jego powieści zawojowały polski rynek książki kilka lat temu. Jednak wiele musiało upłynąć czasu, bym w końcu sięgnęła po kolejną jego książkę. Mój wybór padł na Księcia Mgły.

Autor w tymże tytule opowiada historię jakby z mrocznej baśni. Rodzina Carverów, z powodu szalejącej II Wojny Światowej, zostaje zmuszona opuścić rodzinne strony i przeprowadza się do rybackiego miasteczka położonego nad Oceanem Atlantyckim. Wydarzenie to, oraz konsekwencje tej decyzji na zawsze zmienia życie trójki dzieci Carverów: Iriny, Maxa oraz Alicji. Ale zanim nastąpi ten przełom w nowym miejscu zamieszkania, przeżyją one jedne z niezapomnianych wakacji w swoim życiu…

Kim jest Książę Mgły i jakie skrywa tajemnice? Czy Alicji, Maxowi oraz nowo poznanemu przyjacielowi, Rolandowi, uda się przeciwstawić niespełnionym obietnicom i pokonać przeznaczenie, zanim mara z przeszłości upomni się o swoje? Tego dowiecie się, sięgając po Księcia Mgły.

Czego się spodziewałam, sięgając po ten tytuł? Powiem szczerze, że sama do końca tak naprawdę nie wiem. Po moim pierwszym spotkaniu z twórczością Zafóna (była to Gra anioła) długo nie mogłam dojść do siebie. Lektura jej wywołała we mnie serię skrywanych uczuć i od tamtego momentu książkom tego autora postawiłam dosyć wysoko poprzeczkę. Muszę zacząć od tego, że Gra anioła i Książę Mgły to dwie, bardzo różne historie, których nie powinno się do siebie porównywać. Mimo, że różni je prawie wszystko, to łączy je kilka elementów. Obie historie są osnute nie tylko mgłą tajemnicy, ale unosi się nad nimi czar i magia, oraz charakterystyczny klimat. Dzięki temu mamy możliwość przenieść się do świata fantazji, jednakże trudno z tej podróży powrócić. A jak już się powróci, to okazuje się, że wrócił odmieniony.

Książę Mgły, jak wspomniał autor w przedmowie, jest opowieścią kierowaną do wszystkich – i tych małych, oraz tych dorosłych czytelników. I niewątpliwie taką jest. Oprócz nagminnie pojawiających się niedomówień oraz niewiadomych, autor ukazuje nam, a także wprowadza nas do świata, w  którym wszystko może się zdarzyć. A magia jest nieodzownym elementem tej rzeczywistości. Ta magia nie jest taka „sucha”, lecz bardzo klimatyczna. Na ten stan rzeczy bezsprzecznie wpływają opisy otaczającego bohaterów świata oraz panującej wówczas pogody. Te elementy złączone w całość tworzą obraz Księcia Mgły.

Muszę przyznać, że postaci nie do końca mnie przekonują, oczywiście tytułowego wyjątkiem tytułowego bohatera, dzięki któremu przedstawiona historia ma sens i trzyma się całości. Czuję się trochę zawiedziona, ponieważ liczyłam na przepełnione życiem postacie. Na takie, które nie tylko zapadają w pamięć, ale wywołują w czytelniku szereg emocji.

Co jeszcze mi się rzuciło w oczy, w trakcie czytania lektury, to pierwiastek polskości, który autor zawarł w Księciu Mgły. Było to dla mnie bardzo mile zaskoczenie, mimo że nikły, ale zaskakujący i dzięki temu autor ma u mnie pluska.

Jak wspomniałam wcześniej, było to moje drugie spotkanie z twórczością Zafóna. I muszę przyznać, że mimo tych drobnostek, które opisałam w akapitach wyżej, książka trzyma poziom (może nie aż taki, jak Gra anioła). Podobnie jak Gra anioła, Książę Mgły napisany jest bardzo plastycznym językiem i dodatkowo przekaz historii jest zdecydowanie prostszy, co pozytywnie wpływa na ocenę tego tytułu. Na zakończenie, przyszłym czytelnikom twórczości Zafóna mogę doradzić tylko tyle, by swoją przygodę z autorem i jego książkami zaczęli od Księcia Mgły. Oceniam ją 6/10.

~*~

Złych wspomnień nie musisz brać ze sobą. I bez tego będą cię prześladować.[1]

Ty słuchaj. […] To moja siostra, nie ciastko. Rozumiemy się?[2]

[…] dopiero z upływem lat zaczyna się dostrzegać pewne rzeczy.[3]

Każdy z nas ma jakieś życzenie, i to nie jedno, a tysiące. A życie nader rzadko daje nam sposobność ich urzeczywistnienia.[4]

___
[1] ZAFÓN C.R.: Książę Mgły. Warszawa: Muza 2010, s. 38.
[2] Op.cit., s. 64.
[3] Op.cit., s. 96.
[4] Op.cit., s. 105.

20 września 2013

MONKIEWICZ-ŚWIĘCICKA Karolina - "Taniec z przeszłością"



Karolina Monkiewicz-Święcicka
Taniec z przeszłością

Świat Książki, 2013
s. 271
978-83-7943-267-7

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 1,9 cm)
+ 52 książki

Ocena: 8/10

~*~

Czy kontrowersyjna terapia pomoże odkryć rodzinną tajemnicę?

W noc pogrzebu prababki Aniela zaczyna śnić koszmary. Czuje, że jej sny to opowieść o prawdziwych wydarzeniach z przeszłości. Gdy wśród rzeczy zmarłej odnajduje się tajemniczy pamiętnik z syberyjskiego zesłania, dziewczyna czuje, że sama nie poradzi sobie z tym, co wydarzyło się kiedyś.

Tymczasem na warszawskim Mokotowie zaczynają ginąć ludzie. Śmierć starej kobiety otwiera drzwi oddzielające przeszłość od teraźniejszości. Nadchodzi czas wyrównywania krzywd. Kto stoi za tajemniczymi zaginięciami? Co wydarzyło się sześćdziesiąt lat wcześniej? Czy przypominająca seans spirytystyczny terapia ustawień rodzinnych Hellingera pomoże w rozwiązaniu zagadki i przywróci spokój umarłym? Komu przyjdzie ponieść karę?

~*~

Przeszłość… Czym ona jest w porównaniu z szaloną i kolorową rzeczywistością? Szarobure, zasnute mgłą wydarzenia i zatarte wspomnienia, które powoli umierają wraz z osobami, które je noszą w umyśle i sercu – wraz ze świadkami jej istnienia? Przeszłość to nie tylko wspomnienia ludzi, ale również pamiątki, rzeczy materialne, różne bibeloty, które dla większości z nas są tylko starym, znoszonym swetrem babci, czy ulubionym zegarkiem dziadka, z porysowanym szkiełkiem. I wśród tych rzeczy, szczególne miejsce zajmują wszelkiego rodzaju zapiski. To one najpełniej dają nam obraz przeszłości. Jaki był wówczas świat, jacy byli ówcześni ludzie, jakie mieli priorytety… Na te pytania nie odpowie przetarty sweter, czy zegarek. Mogą być one tylko wskazówkami i uzupełnieniem przeszłości, natomiast bazę jej stanowią głównie zapiski.

Autorka w niniejszej powieści już na samym wstępie wprowadza czytelnika w świat, gdzie owa przeszłość jest kołem napędowym teraźniejszości. I tym samym kreuje się pytanie dlaczego ciągle się do niej powraca? Przecież jej już się nie da zmienić. Trzeba się skupić na życiu tu i teraz. Ale co zrobić, gdy to właśnie przeszłość dopomina się o chwilę uwagi?

Cztery kobiety, trzy różne historie. Każda z nich wyjątkowa, poruszająca, niekiedy mroczna i wreszcie – zaskakująca!

Od śmierci swojej prababci, Anielę, tegoroczną maturzystkę zaczynają prześladować sny… z przeszłości. Powoli staje się ich więźniem i jednocześnie ich „wysłannikiem”. Nie wiadomo, czy przez zbieżność imion zmarłej i młodej bohaterki, ale to właśnie ją wybrała przeszłość, by rozliczyć się z tajemnic nagromadzonych przed laty, za życia jej prababki. Nie tyle co zdesperowana, jak i zafascynowana szuka informacji na temat wpływu minionych wydarzeń na teraźniejszość, a także na ludzi w niej żyjących. Pod wpływem impulsu zapisuje się na terapię ustawień rodzinnych. Jednakże przez swoją niepełnoletność, sama sobie z tym nie może poradzić i o pomoc prosi swoją babcię Renatę.

Renata, córka zmarłej, od zawsze żyła pod presją i wpływem matki. Po jej śmierci, bohaterka może w końcu odetchnąć „świeżym powietrzem” oraz żyć pełną piersią. Po namowach i prośbach wnuczki zgadza się jej pomóc, przez co sama ulega fascynacji, nie tyle, co przeszłością, lecz emocji się z nimi wiążących. A czarę przelewają znalezione w szafie matki, dwa nadgryzione czasem zeszyty.

Kolejną bohaterką jest Diana (dla elity Dianna), która na pozór wiedzie szczęśliwe życie żony, matki i kobiety sukcesu. Dla niej również przeszłość nie jest łaskawa. Powraca w najbardziej niespodziewanych momentach, a dodatkowo jej przeszłe życie okazuje się niczym w porównaniu do wspomnień jej męża…

A gdzie ta czwarta kobieta? Jest, żyje ona na kartach powieści i nie pozwala o sobie zapomnieć. A najbardziej jej obecność czuje się, czytając zapiski z zesłania na Syberię.

Już pewnie domyślacie się, co może łączyć te wszystkie postaci? Przede wszystkim chcą uwolnić się od demonów przeszłości, walczą z nią o spokojną przyszłość. A teraźniejszość okazuje się jednym wielkim chaosem emocji.

Taniec z przeszłością należy do serii „Leniwa niedziela”, wydanej po burzliwym okresie dla wydawnictwa Świat Książki (Miałam przyjemność pisać pracę licencjacką na temat Weltbildu i Świecie Książki dlatego pozwoliłam sobie przywołać tą frazę). I rzeczywiście jest taką lekturą, przy której owa niedziela zamienia się w podróż do świata z przeszłości, gdzie nie ma miejsca na nudę. Opowieść prowadzona jest bardzo żywym i prostym językiem, jednakże nie oznacza to, że jest prosta w odbiorze. Momentami jest silnie nacechowana emocjonalnie i wywołuje w czytelniku szereg uczuć. Z kolei akcja może i nie pędzi na złamanie karku, ale za to jest hipnotyzująca i urzekająca. W większości przypadku nie ma mowy, by czytelnik odgadł, co się za moment wydarzy, więc jej nieprzewidywalność, jest jej największym plusem. I ten polski klimat. Od pierwszego zdania czuje się literaturę polską, a nie imitację amerykańskiego bestsellera. Jej głównym zadaniem, moim zdaniem, było przekazanie emocji czytelnikowi. I tą rolę Taniec z przeszłością spełnił w 110 procentach, porusza aż do głębi. A bohaterowie? Żywi, barwni, każda z postaci jest inna i niepowtarzalna.

Co mogę jeszcze na jej temat powiedzieć? Z pewnością jest to bardzo udany debiut, a historia ukazana w Tańcu z przeszłością długo nie pozwoli o sobie zapomnieć. Gorąco polecam!

~*~

Istnieją dwa rodzaje ludzi. Pierwszy rodzaj to ci, którym łatwo się żyje. Wszystko przychodzi im bez stresu, żyją, nie męcząc się. Po prostu wierzą, że im się należy, że im się uda. I tak też się dzieje. Drugi rodzaj to ci, którzy mają pod górkę. Żyją z trudem. Boją się wszystkiego, nie wierzą w możliwość powodzenia i dlatego często przeżywają rozczarowania. [1]

Ale prawda jest taka, że najpierw człowiek musi posprzątać sobie w duszy. [2]

~*~

Za możliwość lektury, dziękuję ślicznie wydawnictwu Świat Książki



___
[1] MONKIEWICZ-ŚWIĘCICKA K.: Taniec z przeszłością. Warszawa: Świat Książki 2013, s. 33.
[2] Op. Cit., s. 196.

10 września 2013

BARRY Brunonia - "Wróżby z koronek"



Brunonia Barry
Wróżby z koronek
(The lace reader)

tl. Danuta Górska

Albatros, 2010
s. 432
978-83-7359-844-7

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,8 cm)
+ 52 książki
+ Z półki (poziom 6/ 26-30 książek kupionych przed 2013 r.)

Ocena: 7/10

~*~

Kobiety z rodziny Whitneyów, starego rodu czarownic z Salem, już wieki temu posiadły umiejętność czytania przyszłości z koronek. Ten cudowny dar niekiedy staje się przekleństwem. Po śmierci siostry bliźniaczki, którą przewidziała, oszalała z bólu piętnastoletnia Towner poprzysięgła już nigdy więcej nie wróżyć z koronek.

Lecz kiedy w tajemniczych okolicznościach znika jej babka Eva, Towner musi wrócić do rodzinnego miasta i zmierzyć się z demonami przeszłości. Historia Salem jest mroczna i pełna okrucieństwa, a obecne wydarzenia wydają się mieć związek z tym, co działo się przed wiekami – procesami czarownic i falą nienawiści, jaka ogarnęła okolicę. Dziewczyna jeszcze nie wie, że w Salem zagraża jej coś więcej niż tylko straszne wspomnienie...

~*~

Ludzi od dawien dawna pociągało to, co magiczne oraz to, co pozwoli odkryć tajemnice, jakie niesie ze sobą życie. Przyszłość odczytywano i do tej pory odczytuje się za pomocą różnych „narzędzi”. Wśród nich najczęściej pojawiają się szklane kule, karty, kości, czy ogólnie sam człowiek. Również i koronki. Gdyby nie ta lektura, nie pomyślałabym nawet, że z tych delikatnych splotów również można wróżyć. By nie przedłużać tych moich wywodów, opiszę teraz to, co udało mi się wywróżyć z tej powieści.

Wróżby z koronek opowiadają historię trzydziestodwuletniej kobiety, Tonwner (Sophyi) Whitney, w której żyłach płynie krew czarownic. Wraca ona do rodzinnych stron, by rozwiązać nie tylko tajemnicę zniknięcia swojej babki, Evy, ale również sekrety, które ma głęboko ukryte w swojej duszy. W tej trudnej drodze, jaką z pewnością jest poszukiwanie prawdy oraz odnajdywanie siebie na nowo, towarzyszy jej nie tylko rodzina, ale również miejsca, wspomnienia, dziennik, przypadkowi ludzie, w tym Angela, Ann oraz Rafferty, a także osoby, które odeszły – Eva i Lindley (Lindsey).

Z tego, co się dowiadujemy z powieści o Towner, jest ona kobietą doświadczoną przez życie (mimo młodego wieku – co to jest trzydzieści lat w porównaniu do pięćdziesięciu, czy osiemdziesięciu?) oraz bardzo samotną, mimo, ze tylu ludzi ją otacza. Co łatwo stwierdzić, jest to spowodowane śmiercią siostry bliźniaczki, z którą do tej pory bohaterka nie potrafi sobie poradzić. I jak można wyczytać pomiędzy linijkami tekstu, to godzenie się z utratą bliźniaczki idzie jej bardzo powoli. Pozostali bohaterowie, podobnie jak Towner, są bardzo charakterystyczni, przez co trudno ich pomylić. Wokół każdej z występujących postaci bije inna aura, przez co trudno uwierzyć, że to tylko fikcja literacka.

Jeśli chodzi o akcję powieści, jest ona osadzona w klimatycznym Salem, w stanie Massachusetts. Autorka w taki sposób przedstawiła to miejsce, że mam ochotę wstać, tak jak siedzę i w tym, czym siedzę, wziąć walizki i pojechać w tamte rejony. I to nie tylko ze względu na atrakcje związane z procesem czarownic z końca XVII wieku (1692 r.), ale przede wszystkim na klimat, czas i tajemnice, jakie skrywa to miasto.

Co mi się zatem nie podobało we Wróżbach z koronek? Na początku w oczy raził mnie styl, ale po przewertowaniu kilkunastu następnych stron, po prostu do niego przywykłam. Drugim cieniem Wróżb z koronek jest bardzo mało wróżb, co może wydawać się trochę zabawne. „We Wróżbach z koronek nie znajdzie się wróżb”. Są, ale na historię zawartą na ponad 400 stron, to dla mnie trochę ich za mało. A jak już są, to skromnie opisane. Owszem, znajdą się także te bardziej rozbudowane, ale to i tak dla mnie jest cieniem książki. To, co jeszcze zwróciło moją uwagę, to zachowanie bohaterki w trudnych sytuacjach. Powtarzała ona na okrągło, że umiera, ale jakimś cudem za każdym razem wychodziła cała. Na początku nie przywiązywałam do tego szczególnie dużej wagi, jednak za którymś razem wywołało to we mnie dużą wesołość i stwierdziłam, że umieranie głównej bohaterce po prostu nie wychodzi. A potem, po całej tej sytuacji zrozumiałam, że Towner musiała kilka razy „umierać”, by potem na nowo się odrodzić. Raz, a porządnie.

Ogólnie rzecz ujmując, jest to, wbrew pozorom, bardzo wciągająca i przyjemna lektura. Autorka przenosi nas w klimatyczne miejsce, obcujemy wśród bardzo żywych i barwnych postaci i ulegamy, temu czarowi i tajemnicom, poukrywanych na kartkach Wróżb z koronek. To, co mogę jeszcze o niej powiedzieć, to to, iż jest wielce zaskakująca. Momentami siedziałam z rozszerzonymi oczyma i zachodziłam w głowę „jak ja mogłam to przeoczyć”, czy w moich myślach szalał jeden zwrot - „o matko”. I chyba właśnie to, że książka zaskakuje jest jej największym plusem, który nota bene przeważył przy wystawianiu oceny tej pozycji. Naprawdę, warto po nią sięgnąć w wolnej chwili.

~*~

Widzę jak ludzie zerkają na nas ukradkiem, kiedy myślą, że patrzymy. Może zawsze tak robią na pogrzebach, może to normalne, ale rodziny nie zauważają tych spojrzeń, ponieważ patrzą na trumnę, nie na zgromadzonych.[1]

Ludzi określają ostatecznie ich dobre uczynki.[2]

Zdaję sobie sprawę z egoizmu dzieci. Kochamy je i nasz wszechświat kręci się wokół nich, ale ich wszechświat nie kręci się wokół nas.[3]

Nie wiem, czy Emma zdaje sobie sprawę, co się stało. Albo czy w ogóle poznaje mnie jako swoją córkę. Czasami myślę, że poznaje, ale nie mam pewności. Wystarczy mi, że ja ją rozpoznaję, że ona wciąż żyje i nawet wreszcie jest szczęśliwa w swoim świecie, tak jak go rozumie. Wszyscy otrzymujemy dary. Małe i duże.[4]

___
[1] BARRY B.: Wróżby z koronek. Warszawa: Albatros 2010, s. 67.
[2] Op cit., s. 68
[3] Ibid.
[4] Op. cit., s. 426

8 września 2013

ŁASKA Agnieszka - "Magiczna tajemnica"


Agnieszka Łaska
Magiczna tajemnica

Novae Res, 2013
s. 68
978-83-7722-854-8
Cena: 23,00 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 0,5 cm)
+ 52 książki

Ocena: 1/10

~*~

Fantastyczna przygoda, rozpoczynająca się w świecie aniołów, pomiędzy światem ludzi...

Dwie młode dziewczyny – Amelia i Anastazja – są aniołami. Nikt w świecie ludzi nie wie o ich magicznej tajemnicy. Obie są najlepszymi przyjaciółkami, których nie sposób rozdzielić. Wspólnie przeżywają codzienne problemy i zawsze się wspierają. Jako anioły chcą, by ludzie byli bezpieczni i nie schodzili na złą ścieżkę. Pomagają im dokonać właściwego wyboru.

Tymczasem nadchodzi wielkie niebezpieczeństwo, które zagraża obu światom. Czy Iskra i Aurora zdołają uratować je przed ciemnymi mocami? Co będzie, jeśli się im nie uda?

~*~

Już od kilku lat, a szczególnie w ostatnich, w literaturze panuje trend na istoty paranormalne. Obok wampirów, wilkołaków i zmiennokształtnych pojawiają się również anioły. Bohaterami stają się nie tylko te upadłe, ale również i te, stojące po stronie światła oraz Boga. Do tej pory, większość przeczytanych przeze mnie publikacji, okazały się świetnymi powieściami o aniołach. Nie tylko zachwycały pomysłowością, ale także kreacjami bohaterów, a szczególnie tych skrzydlatych. Więc, gdy pojawiła się Magiczna tajemnica, wiedziałam, że nie mogę przejść koło niej obojętnie.

W skrócie, ta króciutka książka przedstawia historię dwóch nadprzyrodzonych nastolatek, które mają za zadanie uratować świat przed aniołami ciemności, a po drodze stawić czoło przeciwnościom dnia codziennego. 

Czego się spodziewałam po tej lekturze? A może inaczej: na co liczyłam? Na lekką, wciągającą, klimatyczną i magiczną historię, bohaterów, którzy hipnotyzują, zniewalają oraz urzekają i akcji zapierającej dech w piersiach. A co otrzymałam? Mało ciekawe, bardzo banalne oraz słabo napisane opowiadanie. Forma, jaka występuje w Magicznej tajemnicy, dla mnie, jest wprost nie do przetrawienia. Bohaterowie nijacy, nieciekawi. Jestem zdziwiona, i to bardzo, ponieważ autorka miała wielkie pole do popisu, jeśli chodzi o kreację aniołów. Niestety mam wrażenie, że nie wykorzystano czaru, uroku i przede wszystkim tajemnicy, jaka unosi się wokół tych istot. Akcja również nie ratuje tej książki. Coś się zaczyna dziać i nagle bum! Koniec. Ja sobie myślę „tak szybko?”. Jeśli chodzi o dialogi, to ja już więcej nie mam nic pozytywnego do powiedzenia. Powiem krótko. Moje notatki z wykładów są bardziej porywające od Mrocznej tajemnicy. Mogę tę historyjkę określić tylko jednym słowem – niewypał. Szkoda. I to wielka, bo autorka miała i chęci (w co nie wątpię, po przeczytaniu wstępu), ale po drodze w realizacji pomysłu (który był dobry, idea słuszna i godna pochwały) coś nie wyszło. Szkoda, wielka szkoda, bo wiązałam z tą pozycją pewne nadzieje. 

I podobnie jak autorkę Magicznej tajemnicy, fascynują mnie anioły. A jak się czymś człowiek interesuje, to powinien coś na ich temat wiedzieć. A z tej publikacji mam wrażenie, może mylne – trudno mi stwierdzić, ponieważ nie znam autorki, że nic na ich temat nie wie (oprócz podstawowych faktów). Nie chcę tutaj ubliżać autorce (!!!), jednakże książka nie udała się. Z wielkim bólem serca, stawiam 1/10.

~*~

Za możliwość lektury, dziękuję ślicznie wydawnictwu Novae Res


6 września 2013

SHAFFER Mary Ann, BARROWS Annie - Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek

Mary Ann Shaffer, Annie Barrows
Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek
(The Guernsey Literary nad Potarto Peel Pie Socjety)

tł. Joanna Puchalska

Świat Książki, 2010
s. 255
978-83-247-14444-3
Cena: 34,90 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+1,5 cm)
+ 52 książki
+ Z półki (poziom 6 – 26-30 książek nabytych przed 2013 r.)

Ocena: 8/10

~*~

Jest rok 1946. Juliet, młoda pisarka, objeżdża zniszczoną Anglię, promując swą książkę i szukając tematu do następnej. Przypadkiem dowiaduje się o małej wyspie, na której istnieje dziwne Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek. Powołali je podczas wojny rolnicy i gospodynie, by uratować kilka osób przed aresztowaniem. Ale jak się ma literatura do placka z obierek? Zaciekawiona Juliet odwiedza wyspę, co zupełnie zmienia jej życie...

Napisana lekko i z humorem, niezwykła historia o ludzkich uczuciach i książkach „pomagających znieść rzeczy normalnie niemożliwe do zniesienia”

~*~

Kult pisania listów w XXI wieku chyba już całkowicie wygasł. Tę formę komunikacji między ludźmi wyparła postępująca z dnia na dzień technologia. Zamiast listów, mamy wirtualne skrzynki pocztowe, emalie, komunikatory, telefony… To wszystko i wiele więcej zabija i niszczy możliwość pozostawienia po sobie śladu. Listy, to nic innego, jak zapis duszy i charakteru piszącego. A co zatem pozostanie po wyżej wymienionych sposobach komunikacji dla przyszłych pokoleń? Archiwum w komunikatorze, które prawdopodobnie zniknie przy formatowaniu dysku? Rachunki telefoniczne? Gdzie tu czar i niecierpliwość oczekiwania na wiadomość? Imię i nazwisko napisane na kopercie ze znaczkiem i stemplem pocztowym? Gdzie ta euforia po otrzymaniu wyczekiwanego listu? Może zabrzmi to głupio, ale tęsknię za czymś, czego nigdy nie doświadczyłam. Zostaje mi tylko oczekiwanie na dzień, w którym będę miała możliwość wymieniać listy, bądź lektura książek pokroju Stowarzyszenia Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek.
    
Dlaczego nawiązałam we wcześniejszym akapicie do listów i postępującej technologii? Odpowiedź jest prosta. Ponieważ na tę historię składają się listy bohaterów. Opisują oni poszczególne wydarzenia będące częścią ich życia, uczucia i emocje targające ich duszami. Dzięki temu poznajemy ich bardzo zróżnicowane charaktery. Każda z postaci jest wyjątkowa i na swój sposób intrygująca. Trudno nie polubić roztrzepanej Isoli, cichego Dawseya, wszędobylskiej Kit, będącej opoką dla wszystkich Amelii, czy rozszczekanej Juliet.. Są taką wspaniałą grupą ludzi, iż czytelnik z żalem przyznaje, że sam chciałby być częścią tej wielkiej rodziny pod szyldem Stowarzyszenia… Takie właśnie myśli wywołała we mnie lektura tej krótkiej, jak dla mnie, powieści.

Listy, przesyłane między bohaterami, stanowią jedną, spójną całość. Tworzą nie tylko obraz powojennej Europy, ale również paletę różnorakich charakterów oraz uczuć. Mogę powiedzieć, że jest to wręcz wielka uczta dla spragnionego wszelakich emocji czytelnika, jakim bezsprzecznie jestem. Wywołują również tęsknotę za ówczesnym życiem, a przede wszystkim pisanych odręcznie listów.

Pewnie większość z Was skupiła swoją uwagę (na pierwszy rzut oka) na tytule. Trzeba przyznać, że jest on bardzo intrygujący. Pojawia się momentalnie tysiąc pytań, między innymi dlaczego? Aż się prosi o sięgnięcie po tę pozycję. Mogę Wam tylko powiedzieć, że wyjaśnienie tytułu jest niczym, w porównaniu do schowanej pod nią treści. Zachwyca nie tylko sama idea, ale również język i styl. Historia napisana jest lekkim piórem i z wielką dozą humoru. Niektóre teksty bohaterów są tak fantastyczne, że aż się proszą, by je zapamiętać na zawsze.

Wydaje mi się, że w Stowarzyszeniu Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek każdy znajdzie coś dla siebie. Książka jest urzekająca, bije od niej wewnętrzne ciepło, radość, pozytywne emocje (mimo poruszonych wspomnień z okresu II Wojny Światowej), nadzieja przeplata się z wiarą i miłością oraz te niespodziewane zwroty akcji. Mogłabym siedzieć i bez końca szukać przymiotników, które przybliżyły Wam, jaka jest ta opowieść wyjątkowa i klimatyczna.

Jeśli szukacie lekkiej, przyjemnej i wyjątkowej, niekiedy magicznej lektury na jesienne wieczory, to Stowarzyszeniu Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek jest wprost idealna. Gorąco polecam!

~*~

[o księgarni]
Od lat tam chodzę i zawsze wyszperam książkę, której szukam – oraz trzy inne, o których nie miałam pojęcia, że chcę je nabyć.[1]

[…] humor pomaga znieść rzeczy normalnie niemożliwe do zniesienia.[2]

[…] czasami myślę, że wolę adoratorów adoratorów z książek, niż tych prawdziwych. Bardzo możliwe, że pod tym względem jestem zacofana, tchórzliwa i psychicznie zaburzona.[3]

Na środku ścieżki leżał stary, płócienny pantofel. Eli obszedł go i przyglądając mu się powiedział: „Ten but jest zupełnie sam, dziadku”. Odparłem, że owszem. Jeszcze raz mu się przyjrzał i poszliśmy dalej, ale on po chwili dodał: „Dziadku, jakie to szczęście, że ja nigdy tak się nie czuję”. „Jak?” – spytałem. A od odparł: „samotnie”.[4]

Jeśli psa dobrze się traktuje, odpłaci z całego serca: będzie najwierniejszym przyjacielem, który nigdy nie zdradzi i nie będzie zadawać żadnych pytań. Koty są inne, ale to nie ich wina.[5]

Cale życie myślałam, że historia kończy się w momencie, gdy bohater z bohaterką stają na ślubnym kobiercu […]. Ale to nie prawda. Wtedy to dopiero początek: każdy dzień przynosi zaskakujące zwroty akcji.[6]

___
[1] SHAFFER M.A., BARROWS A.: Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek. Świat Książki, Warszawa 2010, s. 16
[2] s. 38
[3] s. 116
[4] s. 119
[5] s. 134
[6] s. 251

4 września 2013

SÜSKIND Patrick - "Pachnidło. Historia pewnego mordercy"

Patrick Süskind
Pachnidło. Historia pewnego mordercy
(Das perfum. Die geschichte eines mörders)

tł. Małgorzata Łukasiewicz

Świat Książki, 2006
s. 253
978-83-247-0258-9
Cena: 29,90 zł

Wyzwania:
+ Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+1,2 cm)
+ 52 książki
+ Z półki (poziom 6/ 26-30 książek kupionych przed 2013 r.)

Ocena: 5/10

~*~

Jan Baptysta Grenouille, obdarzony niepospolitym zmysłem węchu, tworzy najdoskonalsze na świecie eliksiry do produkcji perfum. Zachwyca się nimi nie tylko XVIII-wieczny Paryż, centrum mody i elegancji. Sam Grenouille nie jest jednak zadowolony. Oto owładnęła nim myśl, by wydestylować wonność nad wonnościami, pochodzącą z... dziewiczego kobiecego ciała. Owładnięty idée fixe, postanawia znaleźć dziewczynę o doskonałym zapachu, choćby nawet miał popełnić zbrodnię... Słynna powieść z sensacyjną akcją na tle sugestywnej panoramy obyczajowej Paryża, pełna niezwykłych zdarzeń i postaci, utrzymywała się przez trzy lata na listach bestsellerów!

~*~

Chyba każdy czytelnik słyszał o Pachnidle autorstwa Patricka Süskinda. Jeśli nie o książce, to z pewnością o ekranizacji filmowej, która powstała w 2006 roku (premiera w Polsce odbyła się na początku 2007 r.). W moim przypadku, niestety, na pierwszy plan poszedł film. A to za sprawą tego, iż nie wiedziałam, że istnieje książka. I tak w błogiej nieświadomości wpierw rokoszowałam się pięknem obrazu, a potem tekstu. Podobno większość książek jest lepszych od filmu, więc nie ubolewałam tak bardzo. Postawiłam bardzo wysoko poprzeczkę książce (bo film mnie zauroczył) i byłam święcie przekonana, że lektura sprosta moim oczekiwaniom (o ja nieszczęsna). Jednakże po przeczytaniu tej pozycji, zastanawiam się, czy przypadkiem nie miałabym podobnych odczuć, gdybym najpierw sięgnęła po książkę, a potem po film. I niestety coraz częściej się przyłapuję na tym, że film okazał się lepszy.

Sam tytuł naprowadza nas, a raczej informuje o treści książki. W Pachnidle, autor opisuje życie pewnego mordercy, który odbierał świat trochę inaczej niż większość ludzi. Poznawał go nie za pomocą wzroku, dotyku, czy smaku. Otaczającą go rzeczywistość odczytywał poprzez węch. Można powiedzieć, iż wyczulony nos był dla niego nie tylko błogosławieństwem, ale i również przekleństwem.

Na ukształtowanie jego charakteru złożyło się wiele czynników. Między innymi trudne dzieciństwo, które dla większości osób z tego stanu było w ówczesnych czasach czymś „normalnym”. Smutna rzeczywistość, brak miłości, czułości i zainteresowania wykreował taki, a nie inny obraz człowieka. I w takim świecie, Jan Baptysta Grenouille poszukiwał szczęścia w zapachach. Jego dar polegał na tym, iż miał tak mocno wyczulony nos, że potrafił określić nie tylko woń kwiatów, ale również kamieni, miedzianej klamki, czy nawet szkła. Ponad to mógł stwierdzić, kto przechodził godzinę temu przez ulicę lub kto mieszkał w domu za rogiem. Jego nos był, można pokusić się o porównanie – jak drogowskaz, czy busola. Na tym polegał jego dar. W pewnym momencie stał się dla niego przekleństwem. A to za sprawą zapachu, który unosił się wokół pięknej, młodej i nietkniętej dziewczyny z mirabelkami. W tym też właśnie momencie uświadomił sobie, że nie wyczuwa swojej woni. Dlatego między innymi postanowił zachować ten ulotny zapach. I to za wszelką cenę - za cenę życia. Ale zanim się to uda bohaterowi z wielkimi ambicjami, czeka go długa droga nauki rzemieślniczej, jaką z pewnością jest zawód perfumiarza.

Akcja powieści toczy się w stolicy Francji, w epoce oświecenia, gdzie rozum powoli wypiera zakorzenione w kulturze zabobony i przede wszystkim propaguje kult nauki. Na ulicach Paryża, jak i w całej ówczesnej Europie, szczególnie w wielkich miastach, panuje zgiełk, wszędzie zalega brud, a w powietrzu unosi się istna bomba zapachów. I to z pewnością niezbyt przyjemnych. Autor dobrze oddał klimat tamtych czasów, jednakże mając nadal przed oczami film, mojej wyobraźni nie chciało się kreować nowych obrazów.

Niestety dla mnie większość postaci okazała się bezpłciowa i nijaka. Chyba za bardzo jestem przyzwyczajona do tego, iż w trakcie lektury, bohaterowie są dynamiczni, często zmieniają się i chodzi mi tu głównie o ich charakter. Jan Baptysta był nieszczęśliwym chłopcem, ale jakże i nudnym. Spośród pozostałych postaci wyróżniał go tylko, wyżej przedstawiony przeze mnie, dar węchu. Wydaje mi się, że za łatwo przychodziło mu zdobywanie tego, co sobie postanowił. Mimo tego wszystkiego postać ta ma coś w sobie, co sprawia, że czytelnik zatrzymuje się na chwilę i poduma nad jego losem.

Ogólnie rzecz ujmując, historia opowiedziana w Pachnidle jest naprawdę interesująca. Niestety język i styl, jakim posługuje się autor, nie jest prosty. W powieści aż kipi od różnorakich, starodawnych słów, a wyraz olfaktoryczny[1], z którym spotkałam się po raz pierwszy, na pewno zapamiętam końca życia (niestety sama musiałam sprawdzić, co to słowo oznacza). Wydaje mi się jednak, że każdy szanowany się czytelnik powinien zajrzeć do Pachnidła, a potem porównać treść do adaptacji filmowej. Ja niestety zamieniłam kolejność, i może gdybym najpierw sięgnęła po książkę, ocena byłaby nie taka surowa, jak jest.

Czy kiedyś sięgnę po nią ponownie? Wątpię, ale mimo tego, i tak się cieszę, że mam ją w swojej biblioteczce, ponieważ to taki typ literatury, który nie ulega przedawnieniu.

___
[1] odczuwalny węchem; związany z węchem

1 września 2013

[#16] Podsumowanie 8/2013

źródło: We Heart It

Witajcie kochani!
    
Jak trudno nie zauważyć, wielkimi krokami przybył wrzesień. Skończył się dla większości z Was okres wakacji. To, co dobre bardzo szybko przemija. Niestety tak było, jest i chyba już zostanie. Co u mnie?

Przez ostatnie dwa miesiące i prawdopodobnie jeszcze przez ten miesiąc będę zalatana. A to związane z tym, że moje obowiązki rozpoczną się z wybiciem 1 października. Do tego czasu staram się korzystać z tego wolnego czasu, który mi został. I jak łatwo możecie się domyśleć, niespodziewanie wybywam na działkę, by móc na świeżym powietrzu cieszyć się życiem. I oczywiście czytaniem. Dlatego, nie dziwcie się temu, że posty mają dziwną datę publikacji. Mam nadzieję, że taki styl publikowania recenzji długo nie potrwa i powoli wszystko wróci do normy.

Chciałabym się podzielić z Wami ważną informacją – dla mnie (nie, nie jestem w ciąży ;)). W sierpniu nawiązałam współpracę z Grupą Wydawniczą Publicat, z czego się bardzo, bardzo cieszę. Nawet nie wiecie jak bardzo. ;D



Zanim przejdę do comiesięcznej statystyki, nie da się nie zauważyć (a może da), że zmieniła się kolorystyka szablonu. Kolor różowy został zastąpiony bardziej jesiennym. I prawdopodobnie powisi do zimy. (Już powoli pracuję nad nowym wyglądem. Mam już wybrane tło, więc możecie spodziewać się istnej rewolucji ;)) Kolejną nowością jest nowa zakładka „Na zbyciu”. Podobnie jak Tirindeth, stworzyłam zakładkę, w której znajdują się pozycje, które wymienię, lub sprzedam. Jeśli ktoś byłby zainteresowany, odsyłam do powyższej zakładki. ;)

W tym miesiącu, moje statystyki są o wiele lepsze od poprzednich. I za boga nie wiem dlaczego tak się stało. I może nie będę wnikać ;)

A teraz już przechodzę do liczb.

♦ Przeczytałam: 7 książek:
     1. KOSOWSKA J.: Déjà vu
     2. NÖEL A.: Greckie wakacje
     3. PRUSKO P.: Porcelanowa pozytywka
     4. SZYMONOWICZ P.: Kalejdoskop
     5. RAYBURN T.: Syrena
     6. RAYBURN T.: Głębia
     7. ŁAWSKI A.: Kręte ścieżki

♦ Książka miesiąca: PRUSKO P.: Porcelanowa pozytywka

♦ Klapa miesiąca: brak ;)

♦ Przeczytane strony: 2 081, co daje dziennie 67 stron.

♦ Nabytki: 7
     1. ADELAIDE D.: Domowy poradnik umierania (zakup własny)
     2. ANGELINI J.: Spętani przez bogów (j/w)
     3. MIRALLES F.: Miłość przez miale m (j/w)
     4. NÖEL A.: Greckie wakacje (od Grupy Wyd. Publicat)
     5. RAYBURN T.: Syrena (j/w)
     6. RAYBURN T.: Głębia (j/w)
     7. ŁAWSKI A.: Kręte ścieżki (od wyd. Novae Res)


♦ Wyzwania:
     1. Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 75,8 cm + 14,9 cm = 90,7 cm (cel – 175 cm)
     2. 52 książki: 43 + 7 = 50 (cel: 52 – jeszcze 2! ;))
     3. Z półki: 4 + 0 = 0 (cel: 26-30 książki kupione przed 2013, kiszka…)

Tak w zarysie przedstawia się sierpień czytelniczy. Jak dla mnie nie jest źle, ale zawsze mogło być lepiej, prawda ;)?

Niestety ostatnio zauważyłam, że tylko takie podsumowania tworzone przeze mnie dają Wam możliwość poznania mnie trochę od innej strony, niż poprzez pisane recenzje. Postaram się brać udział w zabawach typu High Five, by Dzosefinn, lub D. (jak kto woli ;)) nie była dla Was tworem wyobraźni, a osobą z krwi i kości.

I ostatnia rzecz, o której chciałam napisać. Powoli przygotowuję dla Was milą niespodziankę. Kto trafi, co to może być, kiedy (mniej więcej to będzie miało miejsce) i z jakiej okazji, może liczyć na bonus. Jaki? To przy najbliższym organizacyjnym (lub nie) poście. A teraz się z Wami żegnam. Uczniom życzę wytrwałości w pierwszych dniach szkoły, a studentom, wykorzystania września co do dnia. ;) Trzymajcie się i do napisania!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...